Wbrew pozorom Francja może uzyskać akceptację Brukseli dla wyższego deficytu niż Włochy nie tylko dlatego, że "to Francja" i nie rządzą nią "barbarzyńcy", a człowiek centrum. Istotne znaczenie mają kierunki, które nadają finansom publicznym reformatorzy z obu państw.
O północy minął termin, do którego kraje członkowskie UE były zobowiązane dostarczyć do Brukseli plany budżetowe na przyszły rok. Teraz unijni urzędnicy mają dwa tygodnie, by dokumenty ocenić i ewentualnie "zarządzić" wprowadzenia zmian. Tak może się stać w przypadku Włoch, nikt nie spodziewa się natomiast, by podobny los miała podzielić Francja.
Tymczasem to Paryż planuje wyższy deficyt sektora finansów publicznych w przyszłym roku - ma on wynieść 2,8 proc. PKB, podczas gdy Rzym oczekuje deficytu w wysokości 2,4 proc. PKB. W obu przypadkach saldo ma nie przebić -3 proc., do czego zobowiązały się wszystkie kraje UE (a mimo to robią to regularnie). Czemu zatem Bruksela "czepia się" akurat Włochów, skoro w wielu innych przypadkach, m.in. Francji, nie reagowała tak stanowczo?
Istnieje jeszcze jedno kryterium spójności dotyczące dyscypliny fiskalnej. Kraje członkowskie, w których wielkość długu publicznego w stosunku do PKB przekracza 60 proc., zobowiązały się do podejmowania działań prowadzących do redukcji poziomu zadłużenia. Tak Włochy, jak i Francja od lat znajdują się zdecydowanie powyżej tego progu - na koniec I kwartału dług sięgał odpowiednio: 133,4 proc. i 97,7 proc. PKB.
Różnicy 35 p. proc. nie powinno się lekceważyć, ale nie jest ona clue problemu. Ważniejsze jest, jakie są perspektywy fiskalne obu krajów. I w tym przypadku przewaga Paryża jest wyraźna. Jak wskazują analitycy Pictet Group, istnieją trzy wyraźne różnice między Włochami a Francją.

Komisja Europejska bierze pod lupę deficyt strukturalny, czyli oczyszczony z wpływów koniunktury. Bruksela rekomenduje, by oba państwa zredukowały go w 2019 r. o 0,6 p. proc. PKB. O ile żadna ze stolic nie chce się na to zgodzić, to Paryż przynajmniej jest gotów na zmniejszenie deficytu strukturalnego o 0,3 p. proc., natomiast Rzym zamierza go powiększyć o 0,8 proc. Po drugie, francuska gospodarka jest w lepszej kondycji niż włoska (tempo wzrostu i inne wskaźniki aktywności gospodarczej) i w najbliższej przyszłości sytuacja ta się nie zmieni. Po trzecie, eksperci zwracają uwagę na czynniki ważne w dłuższej perspektywie - produktywność i demografię, które także świadczą na korzyść Francji.
Francja przedstawia bardziej zachowawczy budżet niż tegoroczny, gdy poprawa deficytu strukturalnego ma wynieść 0,1 p. proc., natomiast Włochy luzują dyscyplinę fiskalną, po zacieśnieniu w tym roku o 0,2 p. proc. I podobnie sytuacja ma wyglądać w kolejnych latach - Francuzi zamierzają redukować deficyt strukturalny o 0,3 p. proc. w 2020 r. i o 0,4 p. proc. w 2021 r., natomiast w przypadku Włoch pozostanie on bez zmian: "Rząd zamierza przywrócić równowagę strukturalną na malejącą ścieżkę od 2022 roku" - napisano w projekcie budżetu. Tymczasem poprzedni włoski rząd obiecał Brukseli, że deficyt strukturalny będzie malał. Wizja ta wyraźnie nie spodobała się jednak włoskim wyborcom.
Nie o sam deficyt strukturalny jednak idzie, a o reformy, które wpływają na stan finansów publicznych. Prezydent Macron tnie podatki dla gospodarstw domowych (np. mieszkaniowy) i przedsiębiorstw oraz zmniejsza udział wydatków państwa w PKB. Wzrost deficytu sektora finansów publicznych do 2,8 proc. PKB w tym roku jest efektem jednorazowej zmiany (kredyty podatkowe zostaną zastąpione przez ścięcie podatku) obniżającej koszty pracy po stronie pracodawców - gdyby jej nie uwzględniać deficyt wyniósłby 1,9 proc. PKB. Także dlatego już w 2020 r. ma on wynieść 1,4 proc. PKB, a rok później - tylko 0,7 proc. PKB.
Natomiast rząd Ligi i Ruchu 5 Gwiazd obok sensownych cięć podatków i poniesienia koniecznych wydatków publicznych, wprowadza dochód podstawowy dla najbiedniejszych i obniża wiek emerytalny, odwracając niedawną reformę. Rzym liczy, że w ten sposób pobudzi wzrost gospodarczy i poprawi sytuację finansową najbiedniejszych Włochów. W projekcie wysłanym do Brukseli znalazły się szacunki, które trudno uznać jednak za bardzo prawdopodobne do realizacji. Nominalne tempo wzrostu PKB (istotne dla redukcji zadłużenia) ma wzrosnąć z 2,5 proc. w tym roku, do 3,1 proc. w przyszłym i 3,5 proc. w kolejnym roku. Realny wzrost ma się zwiększyć z 1,2 proc. w 2018 r. do 1,5 proc. w kolejnym i 1,6 proc. w 2020 r. Mało kto chyba wierzy w taki scenariusz - eksperci spodziewają się raczej spowolnienia w Unii Europejskiej, w tym we Włoszech. A niemądre reformy socjalne w dłuższej perspektywie tylko ten problem pogłębią. W efekcie faktycznego niższego od założeń tempa wzrostu PKB, deficyt włoskiego sektora publicznego w zestawieniu z wielkością gospodarki może się okazać wyższy, niż zakłada dziś Rzym. Uwaga ta częściowo dotyczy jednak także Paryża - w dokumentach wysłanych do Brukseli są szacunki i prognozy, które (tak jak w przeszłości) wcale nie muszą się spełnić.
Biorąc pod uwagę fundamenty gospodarek i finansów publicznych obu krajów oraz ich perspektywy na najbliższą przyszłość, nie ma się co dziwić, że propozycje Rzymu budzą w Brukseli i na rynkach finansowych dużo większy sprzeciw i zaniepokojenie niż plany Paryża. Spór między KE a włoskim rządem nie jest wyłącznie efektem czynników politycznych, jak chcieliby "eurosceptycy", choć oczywiście, gdyby relacje na linii Bruksela-Rzym były lepsze, to unijni biurokraci mogliby się z Włochami obejść dużo łagodniej.
Maciej Kalwasiński



























































