18 września w Szkocji odbędzie się referendum w sprawie uzyskania niepodległości. Dla Szkotów uzyskanie niepodległości będzie miało bardziej symboliczny charakter. Pod względem gospodarczym i politycznym to strzał w stopę.


Formalnie Szkocja od ponad 400 lat jest związana z Anglią. Od 1707 roku jest częścią składową Wielkiej Brytanii. Niemniej Anglia niejednokrotnie była stroną silniejszą w ponad tysiącletniej historii obu krajów. Będąc w roli okupanta krwawo tłumiła szkockie zrywy niepodległościowe. Jednak czasy się zmieniają i od dobrych 200 lat mamy do czynienia raczej z pokojową koegzystencją, która w połowie XIX wieku pozwoliła Wielkiej Brytanii wyrosnąć na potężne mocarstwo.
Z najnowszych sondaży wynika, że wyniki referendum wcale nie są oczywiste. Wcześniej prawie pewnym było, że Szkoci opowiedzą się przeciw odłączeniu od Wielkiej Brytanii. Obecnie lekką przewagę w sondażach mają zwolennicy niepodległości. Pytanie tylko, czy słusznie?
Szkocja i Katalonia mogą tylko stracić
Szkocja to kraj silnie powiązany z Wielką Brytanią zarówno pod względem gospodarczym, jak i kulturowym. To oczywiste, że kilka milionów Szkotów mieszka w Anglii i odwrotnie. Uzyskanie niepodległości spowoduje powstanie problemów natury prawnej – konieczność wydania nowych paszportów, ustalenie rezydencji na potrzeby podatkowe.
Wolność kosztuje
Setki tysięcy firm, które prowadzą działalność na terenie obu krajów, będą miały zwyczajnie kłopoty na skutek podzielenia administracji centralnej. To oznacza duże koszty i chaos. Nawet jeśli wszystko będzie odbywać się stopniowo, to raczej wątpliwym jest, by to Anglicy byli skłonni ponosić gros wydatków. Wszystko wedle zasady – jeśli Szkocja chce niepodległości, to będzie musiała za nią zapłacić. I raczej pewnym jest, że Londyn nie będzie ułatwiać tych procesów.

Szkoccy nacjonaliści przekonują, że niepodległość to tak naprawdę gra o wielkie pieniądze, które obecnie w większym stopniu trafiają do Anglii. Mowa o dochodach z wydobycia ropy na Morzu Północnym w części, które przypadłyby na Szkocję. Z samych podatków do budżetu Królestwa trafia ok. 10 mld funtów rocznie.
Szkoccy nacjonaliści narzekają, że zgodnie z formułą Barnetta, która służy do obliczenia wielkości nakładów na usługi publiczne poszczególnych składowych Wielkiej Brytanii, dochody z ropy nie są uwzględniane jako dochody Szkocji. Z tego powodu w teorii nie otrzymuje ona tak dużych środków, jak wynikałoby to z faktycznej wielkości zysków uzyskiwanych z działalności prowadzonej na terenie Szkocji.
Czytaj dalej: Ile kosztuje niepodległość?
Gdyby w tym momencie Szkocja uzyskała niepodległość, to dzięki dochodom z ropy byłaby na 8. miejscu w rankingu OECD pod względem zamożności obywateli. Jednak tylko pod warunkiem, że rozwód z Londynem miałby pokojowy charakter. Rozprawa ze szkockimi nacjonalistami to również cła, opłaty za dzierżawę infrastruktury, posterunki graniczne, itp. Angielski kapitał zawsze kierował się swoim własnym interesem. Tylko naiwni mogą twierdzić, że słabsza politycznie Szkocja będzie w stanie utrzymać większość brytyjskiego majątku na swoim terenie.

Do tego dochodzą potencjalne koszty wyjścia z Unii Europejskiej, utraty funta oraz podział długu publicznego, który na ten moment wynosi 1,3 biliona funtów brytyjskich. Z tego minimum 140 mld funtów przypadłoby na 5,3 mln Szkotów. Rating UK to potrójne A, ale nie ma pewności, że utrzyma go niepodległa Szkocja. Raczej jest to wątpliwe i w zasadzie oznacza to praktyczne bankructwo tego kraju w dniu odłączenia od Zjednoczonego Królestwa oraz poważny kryzys walutowy, który negatywnie odbije się na światowej gospodarce.
Powstanie nowego bytu państwowego zmusiłoby nowy szkocki rząd do uzyskania środków na ten cel, w tym samodzielne łożenie na utrzymanie międzynarodowych agend (przy ONZ, OECD, etc.) To zmusiłoby ten kraj do pozyskania środków na ten cel, a obecnie nie ma innej drogi niż wzrost zadłużenia, które w tej sytuacji stałby się praktycznie „niezmywalnym grzechem pierworodnym”.
Wcale nie jest pewne też członkostwo w Unii Europejskiej i przyjęcie euro zamiast funta. Bruksela jest przeciwna samostanowieniu narodów, bo nie taki jest cel Unii, która dąży do unifikacji. Uzyskanie przez Szkocję niepodległości to nie tylko niebezpieczny precedens, ale przede wszystkim podkopywanie fundamentów tej organizacji. Karą za takie działanie mógłby być polityczny ostracyzm nawet gdyby nie było to opłacalne dla Unii.
Takich działań wymagałaby Hiszpania, Belgia, Francja, Włochy i Wielka Brytania, czyli wszystkie kraje, gdzie występują silne ruchy separatystyczne. Dla Szkotów oznacza to rozpoczęcie negocjacji akcesyjnych od początku i byłoby to po prostu uciążliwe i kosztowne. Podział Wielkiej Brytanii teraz byłby również dobrym przykładem dla Rosji, która wykorzystałaby ten fakt do umożliwienia wschodniej Ukrainie zorganizowania referendum niepodległościowego.
Górale bez lotniskowców
To samo dotyczy kwestii militarnych. Podział brytyjskich sił zbrojnych to nie tylko sprawa formalna, ale faktyczne dzielenie sprzętu, baz wojskowych i odpowiedzialności za udział w misjach zagranicznych. Przy czym podział ten byłby wysoce niekorzystny dla Szkocji, której potencjał militarny, a tym samym znaczenie międzynarodowe, zmalałby do rozmiarów małego państwa. Co z tego, że Szkocja utrzymałaby kilka elitarnych jednostek, skoro straciłaby brytyjskie lotniskowce?
Szkocja była już niepodległa i w tych czasach nie była ani bogata, ani potężna. Zawsze zagrożona i faktycznie uzależniona od silniejszego południowego sąsiada. Jaka jest szansa, że teraz byłoby inaczej? Szkoccy nacjonaliści prawdopodobnie nie kierują się interesem ekonomicznym swojego narodu. Być może sprawa referendum to tylko gra pozorów, która ma zmusić rząd w Londynie do większych nakładów na Szkocję oraz dalsze poszerzenie autonomii. Być może, bo inaczej niepodległość nosi znamiona szaleństwa. Nie jest to państwo okupowane lub uciskane, a Szkoci nigdzie nie są dyskryminowani. Czasy Rob Roya dawno przeminęły.
Szkocka niepodległość będzie miała wymiar głównie symboliczny - własne ambasady, paszporty i pojawienie się szkockiej reprezentacji na olimpiadzie i innych imprezach sportowych (szkocka reprezentacja w piłce nożnej zajmuje 28. pozycję w rankingu FIFA). Otwarte pozostaje pytanie, po co to wszystko, skoro każdy wie, że prawdziwa whisky i Sean Connery to szkockie „produkty”? Jeśli Szkoci są gotowi zapłacić za nowe paszporty kilkadziesiąt miliardów funtów, to droga wolna. W końcu kto bogatemu zabroni?
Łukasz Piechowiak


























































