W miarę zbliżania się 9 listopada, daty planowanego plebiscytu niepodległościowego, rośnie napięcie między Katalonią a rządem centralnym w Madrycie. Jednak debata wokół miejsca Katalonii w Hiszpanii trwa już prawie dekadę.
Już w 2005 roku kataloński parlament podjął pierwszą próbę ponownego zdefiniowania swoich relacji z Hiszpanią. Przegłosowany został nowy Statut Autonomiczny dla regionu. Dokument miał przede wszystkich wpłynąć na sposób finansowania Katalonii, zrównać status języka katalońskiego i hiszpańskiego i nadać parlamentowi Katalonii dodatkowe kompetencje.
Chociaż początkowo ówczesny premier Hiszpanii Jose Luis Rodriguez Zapatero zapowiadał, że zaakceptuje statut taki, o jakim zadecydują Katalończycy, szybko okazało się, że ich ambicje są dla Madrytu zbyt duże. W końcu hiszpański parlament znacząco złagodził nowy statut. Jednak pozostała w nim kwestia być może najbardziej bolesna dla hiszpańskiej prawicy: w preambule definiował Katalończyków jako naród.
Partia Ludowa (PP-konserwatyści) zaskarżyła do Trybunału Konstytucyjnego ten i kilka innych fragmentów i sformułowań dokumentu.

Jej lider, obecny premier Hiszpanii Mariano Rajoy, podkreślał wtedy w przemówieniu: Nie jesteśmy narodem narodów. Jest jeden naród - hiszpański.
Po czterech latach Trybunał rozpatrzył wniosek PP: nie usunął jednak kontrowersyjnego terminu - podkreślił za to, że słowo naród znajduje się jedynie w preambule, w związku z czym nie powoduje żadnych następstw prawnych. Za niekonstytucyjne uznał 14 różnych artykułów Statutu związanych z kompetencjami Wspólnoty Autonomicznej.
Werdykt Trybunału Konstytucyjnego wzbudził w Katalonii silne protesty. To wtedy, w 2010 roku, doszło do pierwszej masowej demonstracji zwolenników prawa do samostanowienia Katalonii. Według organizatorów wzięło w niej udział półtora miliona osób (zdaniem madryckiego dziennika "El Pais" było ich mniej niż pół miliona). Wtedy również zaczęła się tworzyć koalicja partii popierających ten postulat.
Jej skład wykracza poza podziały na prawicę i lewicę.
Centroprawicowa Konwergencja i Związek (CiU), najsilniejsze ugrupowanie katalońskie, włączyła do swoich postulatów prawo do decydowania i objęła rządy przy wsparciu Republikańskiej Lewicy Katalonii (ERC). Po trzech latach i bez sukcesów w negocjacjach z Madrytem premier Katalonii Artur Mas z CiU ogłosił na 9 listopada 2014 r. głosowanie w sprawie niepodległości.
Rząd Mariano Rajoya od początku jasno określił swe stanowisko. Tak podsumowała je rzeczniczka prasowa gabinetu Soraya Saenz de Santamaria: Głosowanie nie jest legalne i system prawny oferuje liczne mechanizmy, żeby nielegalne postępowanie powstrzymać.
Sam premier Rajoy również podkreślał wielokrotnie, że w żadnym wypadku nie pozwoli na przeprowadzenie plebiscytu.
Nie ma niczego ani nikogo, kto mógłby pozbawić prawa wszystkich Hiszpanów do decydowania o tym, co jest Hiszpanią - podkreślił w niedawnym wystąpieniu i dodał: Póki ja będę premierem, prawo będzie respektowane w całości.
W odpowiedzi na kolejne inicjatywy prawne podejmowane przez kataloński parlament, gabinet Rajoya kontynuuje zaskarżanie ich do Trybunału Konstytucyjnego. Przyjęcie przez Trybunał takiej skargi skutkuje natychmiastowym zawieszeniem przepisu autonomicznego na pięć miesięcy.
Katalonia jest jednym z najbogatszych regionów w Hiszpanii i jej dochody stanowią prawie 20 proc. hiszpańskiego PKB. Jednak problemy ekonomiczne to nie jedyne zagrożenie wynikające z katalońskich dążeń niepodległościowych.
Przede wszystkim odłączenie się regionu osłabiłoby pozycje Hiszpanii w Unii Europejskiej. Byłby to także precedens dla innych regionów. Przede wszystkim dla Kraju Basków.
Również Katalonia musiałaby zmierzyć się z licznymi problemami: z chwilą uzyskania niepodległości przestałaby należeć zarówno do Unii Europejskiej jak i do NATO. Jasno zaznaczył to dotychczasowy przewodniczący Komisji Europejskiej Jose Manuel Durao Barroso: Jeśli jakieś terytorium danego kraju odłączy się od tego kraju, oczywiście staje się innym państwem i musiałoby zgłosić chęć przynależności do UE i pozostałe kraje musiałyby je zaakceptować.
Można się spodziewać, że Hiszpania, należąca do obydwu tych organizmów, nie ułatwiłaby niepodległej Katalonii wstąpienia do nich.
Największa partia opozycyjna, Hiszpańska Socjalistyczna Partia Robotnicza (PSOE), również sprzeciwia się niepodległości Katalonii i przeprowadzeniu plebiscytu w tej sprawie. Krytykuje jednak politykę rządu PP. Pedro Sanchez, lider ugrupowania, uznał bezwładność Mariano Rajoya za paliwo dla dążeń niepodległościowych. Jego zdaniem działania prawne nie wystarczą, potrzebna jest polityczna odpowiedź na wyzwanie rzucone Madrytowi przez Katalonię.
PSOE promuje tak zwaną trzecią drogę: podjęcie dialogu z katalońskim parlamentem w sprawie wprowadzenia zmian w konstytucji i przekształcenia Hiszpanii w państwo federalne. Tego rozwiązania nie akceptuje jednak ani Mariano Rajoy ani Artur Mas.
Mimo zawieszenia przez Trybunał Konstytucyjny przepisów, na mocy których miał zostać przeprowadzony plebiscyt, rząd Artura Masa nie zrezygnował z jego organizacji: Będziemy kontynuować ten proces, którego kulminacja nastąpi 9 listopada podczas głosowania, ze świadomością, że mamy naprzeciw państwo, które postępuje wrogo i usiłuje nie dopuścić, aby lud Katalonii mógł zagłosować - powiedział w piątek dziennikarzom Mas. Nie zdradził jednak, w jaki sposób wprowadzi ten zamiar w życie.
Od 2011 r. kataloński Barometr Opinii Publicznej stawia pytanie: Gdyby jutro miało miejsce referendum w sprawie niepodległości Katalonii, jak by pan/pani zagłosował/a?. W ostatniej edycji tego badania, przeprowadzonej w kwietniu tego roku, 57,6 proc. ankietowanych zadeklarowało, że głosowałoby za niepodległością. Przeciw opowiedziałoby się 19,3 proc. Za samym przeprowadzeniem głosowania, według badania opublikowanego przez władze Katalonii 3 października, opowiada się 70,8 proc. respondentów.
Z Bilbao Julia Ikonowicz (PAP)
jik/ ik/ ro/





























































