Średni czas od odkrycia złoża do rozpoczęcia eksploatacji miedzi wynosił około 17 lat, a w obecnych realiach ten okres jest nawet dłuższy. Wobec rosnącego deficytu miedzi na światowych rynkach, odkrywanie nowych złóż to prawdziwy wyścig z czasem. Zgodnie z danymi S&P Global w wyścigu tym, producenci goniący za popytem, jadą z zaciągniętym hamulcem - częstotliwość i rozmiar nowych odkryć złóż jest dramatycznie niska i wyjątkowo droga.


Zgodnie z badaniami S&P Global, odkrycia złóż miedzi są na świecie coraz rzadsze, a poszukiwanie nowych rud coraz więcej kosztują. W branży mówi się, że „łatwych” złóż już nie ma. Większość typu outcropping (widocznych na powierzchni lub znajdujących się płytko) w stabilnych regionach świata została już odkryta i zagospodarowana w ubiegłym wieku.
Nawet 17 lat do pierwszego wydobycia
Obecne badania muszą koncentrować się na złożach ukrytych głęboko pod warstwami skał (tzw. under cover). Wymaga to droższych metod geofizycznych i gęstszej sieci wierceń. Koszt odkrycia jednego funta miedzi wzrósł w ostatniej dekadzie niemal trzykrotnie.
Branża wydaje miliardy dolarów na projekty typu greenfield (inwestycje realizowane „od zera” na terenach wcześniej niezagospodarowanych), z których tylko ułamek staje się działającymi kopalniami w ciągu standardowych 15–20 lat od odkrycia, bo tyle trwa okres od rozpoznania złoża do jego wydobycia. Obecnie częściej jest to górna granica, z uwagi na protesty, skargi, procesy sądowe.
„Przy średnim czasie od odkrycia do rozpoczęcia eksploatacji kopalni miedzi, noszącym około 17 lat - a nawet dłuższym w przypadku projektów rozpoczętych po 2025 roku – uruchomienie tych aktywów na późnym etapie to wyścig z czasem. Biorąc pod uwagę zależność branży od starszych, niezagospodarowanych złóż, wypełnienie przewidywanej luki podażowej będzie stanowić poważne wyzwanie” – czytamy w dorocznym opracowaniu głównych odkryć miedzi S&P Global.

Giganci wolą kupować mniejsze firmy, które już mają udokumentowane złoża. To zjawisko „kanibalizacji” branży zamiast jej organicznego wzrostu. Największe firmy jak BHP czy Rio Tinto coraz częściej decydują się na fuzje i przejęcia mniejszych firm, które posiadają już udokumentowane złoża i projekty brownfield, gdzie koncetrują się na rozbudowie lub modernizacji już działających zakładów. Są one zazwyczaj tańsze i szybsze w realizacji, ponieważ wykorzystują istniejące drogi, media i kadrę pracowniczą.
W latach 90. przy relatywnie niskich nakładach (ok. 500 mln USD rocznie) odkrywano ogromne zasoby. Po 2004 roku budżety zaczęły gwałtownie rosnąć, osiągając szczyt w 2012 roku na poziomie blisko 5 miliardów USD. Obecnie, mimo ponownego trendu wzrostowego w wydatkach (ponad 3 mld USD w 2023 r.), ilość nowo odkrytej miedzi w rezerwach i zasobach pozostaje na alarmująco niskim poziomie.
Polskie złoża na ratunek podaży
Problem jest doskonale znany w Polsce, słynącej z bogatych złóż miedzi na całym świecie. Według raportu EY "2025 — Rok Przełomu w polityce surowcowej Polski" perspektywiczne zasoby w naszym kraju mogą wynosić do 165 miliona ton (Mt) miedzi, z czego ok. 98 Mt na głębokościach umożliwiających jeszcze opłacalną eksploatację. Zainteresowany ich wydobyciem, zwłaszcza złoża Nowa Sól jest Lumina Metals.
Złoże miedzi i srebra „Nowa Sól” w woj. lubuskim to jedno z największych współcześnie udokumentowanych złóż tych metali w Polsce i Europie. Określane jest jako jedno z najgłębiej położonych i udokumentowanych złóż miedzi w Polsce, zawierać może według dokumentacji geologicznej ok. 815–848 mln ton rudy, zawierających ponad 10–11 mln ton miedzi oraz ok. 36 tys. ton srebra.
Podaż zaczyna przegrywać z popytem
Raport EY informuje też, że według prognoz popyt na miedź w 2035 r. - w scenariuszu pełnej neutralności klimatyczne Net Zero - wyniesie 32,6 mln ton, co przełoży się na deficyt tego metalu wynoszący 13 mln ton, a w 2050 r. luka podaży miedzi może znajdować się w przedziale nawet 19,6-29,5 mln ton.
Z kolei S&P Global, szacuje, że globalna produkcja miedzi ma osiągnąć szczyt na poziomie 33 milionów ton w 2030 roku, po czym zacznie spadać, podczas gdy popyt ma wzrosnąć o 50% w stosunku do obecnego poziomu. Ich prognoza ze stycznia tego roku, mówi o deficycie miedzi na poziomie 10 mln ton do 2040 r.
W ostatnim czasie furorę zrobiły szacunki Bernstein Research, a raczej ich graficzne przedstawienie, gdzie niedobór podaży miedzi rozpocznie się w 2027 roku i pogłębi się do około 12 milionów ton do 2050 roku, opierając się na analizie wyczerpywania się zasobów kopalń oraz rosnącego popytu związanego z elektryfikacją i sztuczną inteligencją. Widmo ogromnych braków surowca ze strony podaży, niezdolnego zaspokoić popyt pcha ceny miedzi na rekordowe poziomy.
This is insane..
— SECTOR RESEARCH (@SECTOR_RES0123) January 24, 2026
Bernstein predicts that copper shortage will start in 2027 and progressively deepen by 2050.
Demand will explode but supply will be limited as the operating mines are being depleted and getting permits for new ones is very hard.
Copper supercycle is coming pic.twitter.com/EmY91PMNPh
Miedź rozchwytywana
Obecny rekord wynoszący nieco ponad 13,4 tys. dolarów za tonę „czerwonego metalu” wydaje się tylko przystankiem w drodze na wyższe poziomy. Jakie? Tego nikt nie jest w stanie określić, ale prawo popytu i podaży jest surowe. Jak czegoś jest „mało”, a jest bardzo potrzebne to jego cena szybuje. Biorąc pod uwagę, że to też surowiec, w oparciu o który odbywa się ogromna część handlu spekulacyjnego, można napisać a angielskiego, że „sky is the limit”, patrząc choćby na to, co w ostatnich miesiącach dzieje się na srebrze. W tym kontekście przypomnijmy, choćby prognozę analityków Bank of America z 2021 r., którzy pisali, że miedź to "nowa ropa naftowa" i widzą jej cenę w perspektywie kilku lat nawet na poziomie 20 tys. dolarów za tonę.
Według badania „Miedź w erze sztucznej inteligencji: wyzwania elektryfikacji” przygotowanego przez S&P Global „luka w podaży zagraża postępowi technologicznemu i wzrostowi gospodarczemu, ponieważ miedź staje się coraz bardziej niezbędna dla centrów danych AI, pojazdów elektrycznych, infrastruktury odnawialnych źródeł energii i systemów obronnych”.
Coraz mniej nowych odkryć złóż miedzi
Wracając do głównego wątku, „górnictwo pozostaje niezastąpionym fundamentem podaży miedzi” – powiedziała Eleonor Kramarz, globalna dyrektor ds. kluczowych minerałów w S&P Global Energy. Według ich badania do 2040 roku, poza zwiększonym recyklingiem, potrzebne będzie dodatkowe 10 milionów ton miedzi pierwotnej, a więc wydobytej z ziemi. Jednak bez znaczących inwestycji globalna produkcja mogłaby osiągnąć zaledwie 22 miliony ton do 2040 roku, czyli o milion ton mniej niż obecnie.
Na pierwszy rzut oka dane S&P Global mogą wydawać się pozytywne. W latach 1990–2024 zidentyfikowano 258 znaczących złóż miedzi, zawierających łącznie 1,365 miliarda ton metrycznych metalu. Co więcej, w 2025 roku odnotowano wzrost objętości odkrytej miedzi o 4% (49 mln ton) w porównaniu do roku poprzedniego.
Analiza tych danych ujawnia jednak, że jest to wzrost pozorny. Nie wynika on z sukcesów nowych prac poszukiwawczych, lecz z aktualizacji zasobów w projektach znanych od lat, znajdujących się w późnych fazach rozpoznania. Aż 70% wzrostu wolumenu miedzi pochodzi z aktywów odkrytych jeszcze w latach 90. i na początku XXI wieku.
Branża górnicza przyjęła strategię unikania ryzyka. Zamiast inwestować w niepewne programy poszukiwawcze, firmy koncentrują się na rozbudowie istniejących kopalń i dowiercaniu znanych złóż. Budżety na poszukiwania od podstaw spadły do rekordowo niskiego poziomu 25% całkowitych wydatków na metale nieszlachetne.
Skala stagnacji jest alarmująca. W latach 2020–2024 dokonano zaledwie sześciu znaczących odkryć o łącznym wolumenie 8,8 mln ton miedzi. Co gorsza, w całej dekadzie 2015–2024 nie odkryto żadnego złoża, które weszłoby do czołówki pod względem wielkości zasobów. Nawet projekty, które obecnie napędzają statystyki, jak argentyńskie Filo del Sol, zostały technicznie odkryte dekady temu (w tym przypadku w 2000 roku).
Ciekawie prezentuje się jednak zmiana geograficzna. Choć Ameryka Łacińska pozostaje niekwestionowanym liderem, posiadając 56% wszystkich odkrytych zasobów (z gigantami w Chile i Peru na czele), to dynamika przenosi się gdzie indziej.
W ostatniej dekadzie (2015–2024) to Afryka wyrosła na nowe centrum odkryć, odpowiadając za 37% nowo znalezionej miedzi w tym okresie. Głównym motorem jest tu Demokratyczna Republika Konga i pasmo Western Foreland, gdzie w 2024 roku potwierdzono złoże Makoko West. Tymczasem region Azji i Pacyfiku oraz Ameryka Północna pozostają w tyle, nie notując nowych, przełomowych odkryć.
Swoje stara się robić Polska, która obniża podatek miedziowy oraz wprowadza ulgę inwestycyjną. Ma to wesprzeć krajowego giganta, jaki jest KGHM Polska Miedź S.A. w budowie nowych szybów górniczych. Prace z budową trzech nowych szybów GG-2 „Odra”, Retków i Gaworzyce w polskim Zagłębiu Miedziowym zostały już rozpoczęte. Szacunkowy koszt inwestycji to minimum 9 mld zł. Pierwszy szyb Retków miałby zostać ukończony około 2035 roku.
Perfect storm dla miedzi nadciąga
Analiza danych S&P Global prowadzi do jednoznacznych wniosków dotyczących przyszłości rynku miedzi. Rynek koncentratu miedziowego czeka deficyt. Choć mogą zdarzyć się lata z chwilową nadwyżkę, od około 2030 roku prognozowany jest głęboki, strukturalny niedobór surowca. Szacuje się, że globalna podaż z kopalń osiągnie szczyt na poziomie 27,3 mln ton w 2030 roku, by następnie spaść do 25,1 mln ton w 2035 roku. Prognozowany spadek wydobycia po 2030 roku zbiegnie się z kulminacją popytu na surowce do transformacji energetycznej.
To "idealna burza" (sytuacja kiedy zbieg kilku okoliczności powoduje gwałtowne zmianę sytuacji) dla cen metalu, sugerująca, że miedź może stać się jednym z najdroższych surowców przemysłowych nadchodzącej dekady. Co gorsze, bez radykalnego zwiększenia nakładów na nowe poszukiwania i skrócenia procedur administracyjnych, fizyczny brak metalu może stać się głównym hamulcem globalnego postępu technologicznego i wzrostu gospodarczego.



























































