Jak makiem zasiał w fabryce marzeń. Hollywood znajdowało się w kryzysie już od dawna. Był on spowodowany m.in. potężnymi kosztami, jakie narzucano studiom. Teraz jednak doszły do tego niszczycielskie pożary, które pogłębiły popkulturowy kryzys egzystencjalny.


Los Angeles zostało zdetronizowane przez Londyn, Toronto czy Warszawę. Tańsza siła robocza i ulgi podatkowe powodują, że studia, szukając oszczędności, rezygnują z wielkich produkcji w Kalifornii. Teraz branża apeluje o koło ratunkowe, które miałoby wyciągnąć ich z finansowych tarapatów. Teraz na dodatek jedną z konsekwencji pożarów jest wstrzymanie wszystkich produkcji.
- Najlepszą rzeczą, jaką studia mogą zrobić w ramach "akcji gaśniczej", jest przywrócenie pracy szeregowym pracownikom filmowym Los Angeles - mówi scenograf Mark Worthington, którego dom spłonął w Altadenie. Jak sam przyznaje w reportażu BBC News, już od dwóch lat widział na swoim koncie bankowym odzwierciedlenie pogarszającej się koniunktury. COVID-19, strajki i następnie boom na streaming spowodowały, że producenci zaczęli przycinać na kosztach, opuszczając miasto, a niektórzy nawet USA.
Z danych przedstawionych przez ProdPro, serwis śledzący globalny rynek filmowy, wynika, że w zeszłym roku produkcje w USA spadły o 26 proc. w porównaniu z poziomem przed strajkami scenarzystów i aktorów w 2022 roku. W tym samym czasie studia filmowe w Australii i Nowej Zelandii zanotowały 14-proc. wzrost zleceń, 2,8-proc. w Kanadzie i 1-proc. w Wielkiej Brytanii. Doskonałym przykładem jest film dokumentalny o Red Hot Chilli Peppers, zespole, który wychwalał Kalifornię pod niebiosa. Ekipa kręci bowiem zdjęcia w Atlancie w Georgii, a nie Los Angeles.
Make Hollywood great again. Trump zmontował niezłą ekipę: Mela Gibsona, Sylwestra Stallone i Jona Voighta
O zmierzchu Hollywood mówi się już od dawna - jest zbyt drogie, zbyt zamknięte w swojej własnej bańce, a teraz jeszcze wyniszczone pożarami. Donald Trump postanowił jednak wskrzesić fabrykę snów, powołując trzech kontrowersyjnych ambasadorów: Mela Gibsona (69 lat), Sylwestra Stallone (78 lat) i Jona Voighta (86 lat).
Przed pożarami pracownicy branży pocieszali się słowami "przetrwajmy do 2025 roku". Teraz wiadomo, że ta magia nie zadziała, gdyż miasto zostało dobite pożarami. Hollywoodzkie studia i serwisy streamingowe przekazały już ponad 70 mln dolarów na cele dobroczynne związane właśnie z niszczycielskim żywiołem. By m.in. nie angażować dodatkowo służb, przełożono część imprez z okazji rozdania nagród, a czerwone dywany zamieniono na zbiórki i zrzutki. Jednak zdaniem części jest to zbyt mało - żądają większego zaangażowania, w tym powrotu produkcji filmów do Los Angeles.

Na to raczej nie ma szans. Studia filmowe nie spinają budżetów, patrząc na dobro pracowników z jednego miasta. A co by nie pisać - Los Angeles jest drogie: większość miejsc pracy jest obwarowana związkowymi zasiekami, co wiąże się z nienegocjowalnymi wysokimi stawkami, opłaceniem kosztownej opieki zdrowotnej i składek emerytalnych. W Europie jest taniej i najczęściej nie trzeba budować scenografii, a po prostu kręcić w lokacji.
Pewne przełożenie mogą mieć aktorzy z czołówek gazet. I tak Vin Diesel pomógł Universal Pictures dokończyć zdjęcia do najnowszego filmu "Szybcy i wściekli 11" właśnie w mieście aniołów. Napisał na instragramie:
W zeszłym tygodniu, kiedy pożary nękały Los Angeles, moja siostra Jordana napisała do mnie i powiedziała: "Proszę, przekonaj Universal do nakręcenia reszty Szybcy i wściekli 11 w Los Angeles." Miasto potrzebuje tego teraz bardziej niż kiedykolwiek. To miejsce, w którym seria się rozpoczęła 25. lat temu. A teraz... W końcu wracamy do domu.
Prawie 20 tys. osób związanych z branżą filmową - w tym aktorzy tj. Keanu Reeves, Zooey Deschanel i Kevin Bacon - podpisało petycję "Pozostań w Los Angeles". Jedną z zachęt miałoby być tymczasowe (lub stałe) zniesienie górnych limitów ulg podatkowych od produkcji w hrabstwie. Filmowcy chcą, by w praktyce plany w Kalifornii byłyby tańsze. W zamian studia zobowiązałyby się zwiększyć liczbę dni zdjęciowych w tym stanie o 10 proc. Podobny program uzdrowienia przemysłu proponował gubernator Gawin Newsom - chciał, by roczna ulga wzrosła niemal dwukrotnie z 330 mln dolarów na 750 mln, jednak procedura się przedłuża i najszybciej zmiana mogłaby wejść w życie latem. Jak dokumentował, wprowadzony przez ówczesnego gubernatora Arnolda Schwarzeneggera program umożliwił utworzenie i utrzymanie firm, których wartość szacuje się na ponad 26 mld dolarów. Zapewniają one zatrudnienie ponad 197 tys. aktorów i członków ekip filmowych w całym stanie. Obecne podwyższenie kwoty ulgi zapewnił "ponownego kopa" branży.
Niestety niepewność, którą cechują pierwsze tygodnie prezydentury Donalda Trumpa, przyprawia dyrektorów studiów o niepokój, gdyż z definicji ryzyko traktują z niechęcią. Wojna handlowa wypowiedziana Kanadzie spowodowała, że tamtejszy dolar osiągnął najniższy poziom od 22 lat, co uczyniło ten kraj jeszcze bardziej atrakcyjny dla studiów filmowych.
- Upadek Hollywood przypomina upadek Detroit. Tamtejszy przemysł motoryzacyjny upadł, pozostawiając znaczną część miasta zubożałą i opuszczoną - wspomina w BBC News reżyserka Sarah Adina Smith, założycielka wspomnianego ruchu "Pozostań w Los Angeles". - To, co zostanie zniszczone, trudno uratować. Jeśli pozwolimy teraz na śmierć Hollywood, może się ono nigdy już nie podnieść - dodaje.
***
Popkultura i pieniądze w Bankier.pl, czyli seria o finansach "ostatnich stron gazet". Fakty i plotki pod polewą z tajemnic Poliszynela. Zaglądamy do portfeli sławnych i bogatych, za kulisy głośnych tytułów, pod opakowania najgorętszych produktów. Jakie kwoty stoją za hitami HBO i Netfliksa? Jak Windsorowie monetyzują brytyjskość? Ile kosztuje nocleg w najbardziej nawiedzonym zamku? Czy warto inwestować w Lego? By odpowiedzieć na te i inne pytania, nie zawahamy się zajrzeć nawet na Reddita.
opr. aw
































































