Pekin grozi stworzeniem "czarnej listy" zagranicznych podmiotów szkodzących "prawowitym interesom" chińskich firm. To kolejny pokaz nieugiętej woli komunistycznych władz, starających się odpowiadać z równą siłą na agresywne ruchy USA w wojnie handlowej. Jest to krok tak ostentacyjny jak niepotrzebny, a w gorszym scenariuszu bardzo kosztowny dla samych Chin.
Na listę "nierzetelnych podmiotów" mają trafić zagraniczne przedsiębiorstwa, organizacje i osoby prywatne, które nie przestrzegają zasad rynkowych, naruszają umowy oraz blokują i ograniczają dostawy do chińskich firm z przyczyn niekomercyjnych lub w inny sposób poważnie szkodzą ich "prawowitym interesom". Co grozi "nierzetelnym podmiotom", na razie nie wiadomo - według rzecznika ministerstwa handlu, Chiny podejmą wobec nich "niezbędne kroki". Konkrety mamy poznać wkrótce.
Nietrudno się w tym posunięciu Pekinu doszukiwać reakcji na ostatnie decyzje Amerykanów. Na amerykańską "czarną listę" trafił niedawno symbol rozwoju i potęgi Państwa Środka, czyli Huawei. Można się zatem spodziewać, że jeśli Waszyngton zrealizuje swoje groźby i w sierpniu odetnie chińskiego giganta od części, oprogramowania i usług, chińskie władze wezmą na cel równie grubego zwierza z USA czy Japonii, który zadał cios spółce z Shenzhen.
Tyle że taki ruch nie ma ekonomicznego uzasadnienia. Przede wszystkim nie należy zapominać, że chińskie władze mają dużo większe pole manewru niż ich amerykańscy odpowiednicy i mogą silnie wpływać na decyzje chińskich przedsiębiorstw - tak państwowych, jak i uważanych za prywatne. Dzięki temu bez większych problemów mogłyby po prostu po cichu "odciąć" niektóre zagraniczne firmy od rynku za Murem lub chociaż poważnie utrudnić im na tym rynku funkcjonowanie. Dlatego decyzję o utworzeniu oficjalnej "czarnej listy" można postrzegać jako ostentacyjny pokaz nieugiętej woli Pekinu, który nawet o krok nie cofa się pod naciskiem Amerykanów i odpłaca im pięknym za nadobne.
Potencjalnie jest to jednak ruch niekorzystny dla wielu firm z Państwa Środka. Nie bez przyczyny importują one towary i usługi z zagranicy - pomimo usilnych starań za Murem nie produkuje się wszystkiego w odpowiedniej jakości i ilości. I mowa tu nie tylko o przedsiębiorstwach z zagranicznym kapitałem, ale również należących do globalnych łańcuchów produkcyjnych przedsiębiorstwach chińskich. Odcięcie od newralgicznych komponentów poważnie utrudni, a być może nawet uniemożliwi im działanie. Dlatego Pekin ma twardy orzech do zgryzienia - będzie musiał dokładnie wymierzyć, w kogo warto uderzyć, by okazać siłę Amerykanom i zachować twarz wobec własnego społeczeństwa, ale za mocno nie zaszkodzić własnej gospodarce. Pytanie, jak dużo bólu są w stanie znieść sami obywatele Chin.
Maciej Kalwasiński






























































