Stopa bezrobocia w grudniu 2014 roku wyniosła 11,5% - to tylko o 0,1 p. proc. więcej niż w listopadzie. Na koniec roku w rejestrze bezrobotnych widniało 1,85 mln osób. To wciąż dużo.



W 2014 roku odnotowywaliśmy stałe zmniejszenie liczby bezrobotnych. Jeszcze w lutym 2014 roku stopa bezrobocia wynosiła 14%. Chociaż łącznie z rejestru wykreślono ponad 300 tysięcy ludzi, to wcale nie przełożyło się to na wzrost zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw.
W styczniu ubiegłego roku liczba zatrudnionych w firmach powyżej 9. pracowników wynosiła 5506 tys. osób. W listopadzie zwiększyła się ona 5550 tys. osób, czyli o 44 tysiące. Gdzie zatem podziało się pozostałe 256 tys. wyrejestrowanych bezrobotnych?
Niektórzy znaleźli pracę w mniejszych firmach lub udali się na staże/szkolenia, inni pozyskali dotacje i założyli własną działalność. Część wyjechała za granicę, ale też spora rzesza osób (z różnych szacunków wynika, że może nawet 1/3 wykreślonych z rejestru) utraciła status bezrobotnego na skutek niedopełnienia formalności w urzędach pracy. Zatem ponad 2 p.proc. obniżki trudno nazwać sukcesem, bo odnotowaliśmy nieproporcjonalnie mały wzrost liczby zatrudnionych.
Resort pracy wziął się za „lewych” bezrobotnych
O wiele bliższe prawdy są dane Eurostatu. Nie podaje on rejestrowanej stopy bezrobocia, tylko szacunkową stopę mierzoną metodą BAEL. Zgodnie z nią bezrobotnym nie jest ten, kto widnieje w rejestrze tylko człowiek bez pracy, który jest gotów do jej podjęcia w ciągu dwóch tygodni od otrzymania oferty.
Stopa rejestrowana podawana przez MPiPS jest zawsze wyższa Eurostatu ze względu na fakt, że wielu ludzi widniejących w rejestrze w rzeczywistości pracuje na czarno lub nie poszukuje pracy (ok. 500 tys. osób). Do PUP-u przychodzą tylko po opłacenie składki zdrowotnej i dokumenty uprawniające ich do innych świadczeń socjalnych przysługujących osobom bez dochodu.
W listopadzie 2013 roku oficjalna stopa bezrobocia w Polsce podawana przez Eurostat wynosiła 10%, a w analogicznym okresie rok później - 8,2%. W ciągu 12 miesięcy zmalała ona o 1,8 p. proc. To dużo, ale spadek był mniejszy niż ten odnotowany przez MPiPS.
W ostatnim roku resort pracy podjął się w końcu zadania „wyczyszczenia” rejestru z osób, które od lat tylko udają, że poszukują pracy. Należy to oceniać pozytywnie, ale z drugiej strony urząd nie powinien traktować mechanicznego wykreślania części osób z listy bezrobotnych jako sygnał, że odnotowaliśmy istotną poprawę na rynku pracy.
Ta rzeczywiście miała miejsce, ale nie była tak spektakularna. Przy wzroście gospodarczym wynoszącym powyżej. 3% rdr stopa bezrobocia powinna oscylować w granicach 10%. Pomimo tego przedsiębiorstwa w Polsce nie były chętne do zwiększania zatrudnienia. Niestety, po stronie rządowej wciąż brakuje planu reformy m.in. Kodeksu pracy, która pozytywnie wpłynęłaby na strukturalne zmiany na rynku pracy.
Czas na poważnie wziąć się za reformę prawa pracy
Największą barierą w zatrudnianiu nowych pracowników są wysokie koszty pracy. Te koniecznie należy zmodyfikować tak, by zmniejszyć obciążenia podatkowe pracowników i pracodawców (co zachęci firmy do zawierania legalnych kontraktów na dłuższe okresy) oraz lekko zwiększy wynagrodzenia netto.
Równocześnie warto rozważyć wprowadzenie ulg podatkowych dla tych firm, które lepiej płacą swoim pracownikom. Kolejna kwestia dotyczy kontroli szarej strefy – czas w końcu uzbroić PIP w narzędzia, które skutecznie zniechęcą pracodawców do zatrudniania ludzi na czarno lub na podstawie umów śmieciowych (tylko pod warunkiem obniżenia kosztów umów o pracę).
Zatrudnienie ma rosnąć, ale nie ma jak
Z obliczeń Bankier.pl wynika, że na każde 100 tys. legalnie zatrudnionych pracowników, którzy wyszli z szarej strefy – łączne wpływy do ZUS-u i budżetu rosną o ok. 0,5 mld zł rocznie. Jednocześnie wtedy spadają koszty wypłaty różnych świadczeń socjalnych i pokrycia składek na ubezpieczenie zdrowotne o blisko 100 mln zł rocznie. W efekcie bilans finansów publiczny poprawia się o ok. 600 mln zł in plus.
Celem Komisji Europejskiej jest systematyczne zwiększanie wskaźnika zatrudnienia. W Polsce wynosi on. 64% (średnia UE to 69%). W 2020 roku przeciętnie w Polsce wskaźnik ten ma wynosić 70%, a w UE 75%. Oznacza to, że liczba pracujących w kraju Polaków musi zwiększyć się o ponad 1 milion ludzi – w statystyce prawie wszystko jest możliwe, ale realnie wynik ten jest nieosiągalny bez podjęcia poważnych reform. Również tych, które zakładają stymulowanie realnego wzrostu wynagrodzeń zarówno w sektorze prywatnym, jak i publicznym.
Łukasz Piechowiak



































































