Do piątkowej sesji przystępowaliśmy z delikatnym optymizmem. Jednakże dzień zakończył się niekontrolowanym nurkowaniem amerykańskich indeksów. W kontrze do taniejących akcji stanęło drożejące złoto.


Wydawało się, że główny impet handlowych restrykcji wobec Chin rynek zdołał przyjąć już w czwartek, gdy nowojorskie indeksy straciły po blisko 3%. I rzeczywiście przez większość piątkowej sesji handel na Wall Street przebiegał dość spokojnie, choć na całym świecie inwestorzy wyprzedawali akcje w obawie przed globalną wojną handlową.
Ale w ostatniej godzinie handlu giełdowe byki skapitulowały. Wyglądało to tak, jakby akcje były gorącym ziemniakiem, którego nikt nie odważył się zatrzymać przez weekend. Bo przez następne dwa, dni wiele może się wydarzyć. Czynnikiem ryzyka jest przede wszystkim odpowiedź Pekinu, który może albo ograniczyć się do pokazowych gestów, albo faktycznie uderzyć w amerykańskich producentów
W rezultacie dzień zakończył się masakrą dla posiadaczy długich pozycji. Dow Jones spadł o 1,77%, w dwa dni tracąc przeszło tysiąc punktów. S&P500 zanurkował o 2,1% i zatrzymał się dopiero na swej 200-sesyjnej średniej kroczącej. Nasdaq poleciał w dół o 2,43%. S&P500 i DJIA znalazły się niebezpiecznie blisko minimów z początku lutego. Ewentualne przełamanie tych poziomów mogłoby się skończyć jeszcze głębszą przeceną amerykańskich akcji.

Bezapelacyjnym zwycięzcą dnia było złoto. Żółty metal, który jeszcze niedawno walczył o obronę 1 300 USD/oz., poszedł w górę o 1,2%, finiszując z wynikiem 1 347,20 USD za uncję. A więc najwyższym kursem zamknięcia od miesiąca.
Krzysztof Kolany



























































