Jeśli do piątku do północy Kongres nie podniesie limitu długu publicznego, rząd Stanów Zjednoczonych czeka „zamknięcie” – czyli ograniczenie funkcjonowania do niezbędnego minimum. Byłaby to druga taka sytuacja w ciągu ostatnich pięciu lat.


Limit długu publicznego USA został „zrestartowany” 15 marca. Zatem od ponad miesiąca Stany Zjednoczone nie mogą się dalej zadłużać. A ponieważ jedyne supermocarstwo funkcjonuje na kredyt (roczny deficyt przekracza pół biliona dolarów), to po osiągnięciu ustawowego limitu zadłużenia administracji Donalda Trumpa szybko kończą się pieniądze.
Od kilku tygodni Departament Skarbu korzysta z rozwiązań „awaryjnych” pozwalających na normalne funkcjonowanie władzy wykonawczej. Ale te możliwości wyczerpią się w piątek, 28 kwietnia. Jeśli do tego dnia obie izby Kongresu nie uchwalą podwyższenia limitu zadłużenia, to czeka nas tzw. zamknięcie rządu.
To awaryjna procedura, w ramach której Biały Dom opłaca tylko najpilniejsze wydatki: obsługę długu publicznego, wojsko i kluczowe urzędy. Na bezpłatne i przymusowe urlopy trafiają setki tysięcy pracowników federalnych: zamykane są muzea, parki narodowe i inne instytucje, bez których można się obejść. Ostatni raz taka sytuacja wydarzyła się we wrześniu 2013 roku, gdy Republikanie sparaliżowali administrację Baracka Obamy. Wcześniej do „zamknięcia rządu” dochodziło w latach 1995 i 1996 za prezydentury Billa Clintona oraz w roku 1978 za czasów Jimmy’ego Cartera.
Ale obecna sytuacja jest bardziej wyjątkowa, ponieważ republikańska większość w obu izbach Kongresu może „wyłączyć światło” własnemu prezydentowi! Co więcej, sprawa jest powszechnie znana przynajmniej od początku marca i do tej pory nie została rozwiązana. Ostatnio rosną jednak szanse na terminowe przyjęcie niezbędnej (czyżby?) legislacji.

Jak odwlec nieuchronne?
Aby uniknąć kontrowersji, prezydent Trump zasygnalizował gotowość do rezygnacji z zapisania w budżecie wydatków na budowę muru na granicy z Meksykiem. Kwestia ta zostanie odroczona do września. Prezydent musiał nieco ustąpić ze względu na opór części republikańskich kongresmenów, którzy sprzeciwiają się zwiększeniu długu publicznego. Dlatego Biały Dom potrzebuje poparcia przynajmniej części Demokratów. A ci muru nie zaakceptują za żadne skarby.
Według doniesień CNN obecnie najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że uda się uniknąć zamknięcia rządu. Przynajmniej w kwietniu. W grze jest bowiem propozycja przegłosowania krótkoterminowego planu finansowego pozwalającego na normalne funkcjonowanie rządu do 5 maja. Dzięki temu Kongres miałby dodatkowy tydzień na osiągnięcie porozumienia.
Dyskusja toczy się nie o to, czy podnieść limit zadłużenia (tego chcą prawie wszyscy w Kongresie), ale które wydatki zrealizować, a które nie. Prezydent Trump i większość Republikanów chciałaby zaprzestać dotowania Obamacare (której w marcu nie udało się zlikwidować), a Demokraci nie chcą słyszeć o wstrzymaniu dotacji dla organizacji aborcyjnych ani o finansowaniu budowy meksykańskiego muru. Bardzo niewielu jest takich, którzy stawiają właściwą diagnozę: że problemem USA są permanentne deficyty fiskalne i potężny (niemal 20 bilionów USD) dług publiczny.
Ucieczka do przodu
Tymczasem prezydent Donald Trump najwyraźniej nie zamierza przejmować się „cyferkami” (czyli 14-cyfrrowymi liczbami opisującymi dług publiczny) i realizuje plan „ucieczki do przodu”. W środę Biały Dom przedstawił zarys wielkiej reformy podatkowej zakładającą największą obniżkę podatków dochodowych od 30 lat. Zgodnie z przedwyborczymi obietnicami Trump planuje obniżenie stawek podatkowych, podniesienie kwoty wolnej od podatku i wyeliminowanie większości ulg i zwolnień, aby drastycznie uprościć zajmujący niemal 75 tysięcy stron (!) amerykański kodeks podatkowy. Nieoficjalnie mówi się też o realizacji równie rewolucyjnej reformy podatku od przedsiębiorstw, obniżającego górną (i w praktyce główną) stawkę CIT-u z 35% do 15% i likwidującą wszystkie ulgi, dzięki którym międzynarodowe korporacje płacą efektywną stawkę w wysokości 13,4%.
Zabawne jest to, że te same agendy, think-tanki i eksperci, których do tej pory nie martwił 20-bilionowy dług USA i którzy domagają się podniesienia jego limitu, teraz lamentują, że podatkowe reformy Trumpa wygenerują od biliona (jeśli uwzględnić skutki oczekiwanego przyspieszenia wzrostu gospodarczego) do dwóch bilionów (nie uwzględniając wpływu podatków na wzrost gospodarczy) dolarów dodatkowego długu publicznego w ciągu... 10 lat. Czyli 100-200 mld USD rocznie przy rocznym deficycie rzędu 570 mld USD.
Przed nami arcyciekawa rozgrywka w amerykańskiej polityce, w której stawką są biliony dolarów zysków (i strat) dla amerykańskiej gospodarki i rządu USA. Z punktu widzenia giełdowych inwestorów najlepszym rozwiązaniem byłaby obniżka podatków i zwiększenie limitu długu publicznego. Brak takiego porozumienia skutkowałby poważnymi turbulencjami na Wall Street, która od listopada zdążyła uwzględnić w cenach akcji obniżkę CIT-u.






















































