Po zeszłopiątkowej klęsce Donalda Trumpa w Izbie Reprezentantów na rynku pojawiły się obawy przed tzw. zamknięciem rządu. Mogą się one zmaterializować, jeśli Kongres nie podniesie limitu długu publicznego Stanów Zjednoczonych.
Aby uniknąć upokarzającej porażki, Republikańskie zdecydowali się odwołać głosowanie nad projektem ustawy o opiece medycznej, który miał zastąpić system wprowadzony przez Baracka Obamę (tzw.Obamacare). Wydarzenia z zeszłego piątku pokazały, że prezydent Trump nie dysponuje większością w zdominowanej przez Republikanów Izbie Reprezentantów. Grozi to podobnymi problemami przy głosowaniu nad kluczowymi propozycjami Białego Domu: reformy podatkowej i zwiększenia wydatków infrastrukturalnych.
Ale wcześniej Republikanie będą musieli poradzić sobie z jeszcze jedną palącą kwestią: podniesieniem limitu długu publicznego. Przypomnijmy, że od 16 marca Stany Zjednoczone nie mogą się mocniej zadłużyć. Tego dnia został „zrestartowany” zawieszony jesienią 2015 roku limit długu publicznego, który obecnie wynosi nieco ponad 19,8 bilionów dolarów. Tyle też mniej więcej wynosi zadłużenie rządu USA.
Przeczytaj także
Administracja może przez pewien czas stosować „nadzwyczajne środki”, aby państwo mogło funkcjonować i regulować zobowiązania z tytułu zapadających obligacji. Ale takie działania można prowadzić tylko przez kilka miesięcy. Jeśli do tego czasu Kongres nie podniesie limitu zadłużenia, czeka nas znane z czasów prezydentury Baracka Obamy „zamknięcie rządu” (ang. government shutdown). Rząd zamyka wtedy większość urzędów, a pracownicy federalni wysyłani są na przymusowe urlopy. Atomowe supermocarstwo działa w trybie „oszczędzania energii”: finansowane są armia i obsługa długu publicznego.
Dla Republikanów „zamknięcie rządu” własnego prezydenta byłoby rzadko spotykanym blamażem. Ale takim byłoby też bezwarunkowe i automatyczne podniesienie limitu zadłużenia, przed czym oponowali przez ostatnie osiem lat. Ponadto amerykańscy kongresmeni to nie to samo co polscy posłowie, którzy głosują tak, jak każe szef partii. Republikanie i Demokraci dzielą się na wiele frakcji o różnych poglądach i często bardziej boją się gniewu lokalnych wyborców niż partyjnych bonzów.
Na razie na rynkach finansowych mało kto bierze pod uwagę kolejny kryzys budżetowy i „zamknięcie rządu” rodem z roku 2011 i 2013. Ale niektórzy zaczynają się na nie przygotowywać. „Być może zamiast pytać „co się stanie, gdy reforma podatkowa i infrastrukturalna zostanie przegłosowana”, powinniśmy zapytać: „co się stanie, gdy 28 kwietnia rząd wejdzie w fazę częściowego zamknięcia”? – zastanawiają się analitycy BMO Capital Markets.
„To, co się obecnie rozgrywa, wzbudza wspomnienia z lata 2011 roku, gdy USA zostały zdegradowane przez S&P, a spolaryzowany Kongres nie był w stanie dostatecznie szybko podnieść limitu zadłużenia” – dodają eksperci BMO. Przypomnijmy, że w sierpniu 2011 roku agencja S&P jako pierwsza w historii obniżyła rating kredytowy Stanów Zjednoczonych z AAA do AA+.
Wydarzenie to zainicjowało silną wyprzedaż akcji – na niektórych rynkach (np. na GPW) oznaczało to gwałtowną, ale trwającą tylko kilka miesięcy, bessę. Niejako na przekór „fundamentom” mocno wzrósł popyt na amerykańskie obligacje skarbowe, a rentowność obligacji 10-letnich USA spadła z 3,4% do 2,6%. Amerykański kryzys budżetowy sprzed sześciu lat był dewastujący dla rynków akcji i doprowadził do wzrostu cen bezpiecznych aktywów: amerykańskich obligacji i złota. To ostatnie wystrzeliło w górę do przeszło 1.900 USD/oz., po czym jak dotąd nie powróciło do tych poziomów.





























































