Po krótkotrwałym odbiciu notowania złota powróciły poniżej 1.100 dolarów za uncję. Na rynku dominuje jedno pytanie: jak nisko mogą spaść ceny królewskiego metalu.


O 9:50 kontrakty terminowe na złoto były notowane po 1.094,70 dolarów za uncję, czyli o 0,5% niżej niż na zamknięciu wtorkowych notowań. Wczoraj kurs żółtego metalu usiłował odrabiać poniedziałkowe straty, ale niewiele z tego wyszło.
Złoto nie podniosło się po dwóch poniedziałkowych „gwoździach”, gdy na niepłynnym rynku „ktoś” rzucił zlecenia opiewające na tysiące lotów, najpierw doprowadzając do krachu na rynku chińskim (Szanghaj), a kilkanaście godzin później dwukrotnie zatrzymując handel na nowojorskim Comeksie.
„Oficjalne” powody wyprzedaży złotych kontraktów podawane przez analityków są takie same jak przez ostatnie dwa lata. Eksperci z instytucji finansowych mówią o czekającej „tuż za rogiem” podwyżce stóp procentowych w USA, na którą bezskutecznie czekamy od ponad 5 lat. Perspektywa wyższych stóp w Ameryce umacnia dolara (zresztą już od ponad roku), co uderza w cały kompleks surowcowy nie oszczędzając metali szlachetnych.
Dyżurnym argumentem przeciwko złotu pozostaje „niska inflacja”, od wielu miesięcy praktycznie niewidoczna na poziomie CPI. Inwestorzy namawiani są za to na inwestycje w „wiecznie zyskujące” akcje i obligacje. Kto by tam trzymał „barbarzyński relikt”, skoro można mieć coraz droższe akcje?
Na rynku najpopularniejszą spekulacją jest próba przewidzenia, jak nisko spaść może „cena” złota. Standardem są oczekiwania na zejście do 1.080 USD/oz. Niektórzy widzą wsparcie na 1.040 USD, ale nie brakuje takich, którzy oczekują spadku do okrągłego tysiąca dolarów za uncję. Są też tacy, którzy prognozują trzycyfrowe notowania kruszcu.
Krzysztof Kolany






























































