

Produkcja ucieka do Bangladeszu
Mimo że polski przemysł odzieżowy ma długie tradycje, to stał się zbyt drogi. Niewielu polskich producentów rozwinęło własną markę, bo od 20 lat w naszym kraju szyto jedynie na podstawie projektów zagranicznych firm i to z wykorzystaniem ich materiałów, a nierzadko i maszyn. Współcześnie w Polsce działa ok. 2 tys. zakładów odzieżowych, zatrudniających ponad 100 tys. osób. W większości są to małe firmy, w których zatrudnienie nie przekracza 50 osób. Szyjemy głównie dla zagranicznych marek, które stawiają na wysoką jakość ubrań i niskie koszty transportu. Jednocześnie polskie marki odzieżowe starają się utrzymać konkurencyjne ceny. Korzystają w tym celu z rozwiązań sprawdzonych przez zagraniczne „sieciówki”, takie jak H&M, czy Marks&Spencer. Podobnie jak one, lokują swoje działy projektowania, marketingu i dystrybucji w kraju swojej siedziby, ale produkcję zlecają dostawcom z Bangladeszu, Chin lub Indii. Liderami tego trendu są gdańska spółka LPP S.A., Monnari Trade S.A., Redan S.A. oraz Carry sp. z o.o. Tymczasem Bangladesz jest drugim po Chinach największym na świecie eksporterem odzieży. W fabrykach odzieży pracuje tam ok. 4 mln osób – zwykle są to młode kobiety. Prawie 50 proc. wyprodukowanych tam ubrań trafia na rynek europejski, a kolejne 30 proc. do USA. Wartość zamówień odzieży wyniosła dwa lata temu 1,1 mld euro. Przyczyniły się do tego głównie takie firmy jak Zara, Bershka, Stradivarius – będące własnością grupy Inditex, a także Primark, Mango, Benetton i C&A.Szokujące warunki pracy
Bangladesz zasłynął niskimi kosztami produkcji. Płace pracowników fabryk odzieży są szokująco niskie. W 2013 r. płaca minimalna w tym kraju wynosiła 3000 taka, czyli równowartość 117 zł. W wyniku protestów ciemiężonych głodowym wynagrodzeniem pracowników podniesiono ją do 5300 taka, czyli ok. 207 zł. Kwoty te i tak oddalone są od płacy zapewniającej godziwy byt i wystarczającej na podstawowe potrzeby życiowe, którą organizacje pracownice i pozarządowe szacują na poziomie 25 687 taka, czyli 1002 zł. Rażąco niskie płace to nie jedyny problem w Bangladeszu. Z raportu wynika też, że problemem jest również praca w godzinach nadliczbowych, brak umów i wynikających z nich praw, niestosowanie się do zasad BHP i wrogi stosunek pracodawców do związków zawodowych. Dyskryminacja, zwolnienia z pracy i wilcze bilety to norma.Raport: w fabrykach wykańcza i poniża się ludzi
Autorzy raportu przeprowadzili rozmowy z 30 pracownikami fabryki New Generation Fashion Ltd., która obecnie realizuje zlecenia dla marki House. Ponad połowa z nich to osoby młode w wieku 18-20 lat. Jedna była niepełnoletnia – dzieci w Bangladeszu bardzo często podejmują pracę ze względów finansowych. Żadna z nich nie miała przygotowania zawodowego, nie byli też przeszkoleni przez pracodawcę. Nie mają też umowy o pracę, która pozwoliłaby im dochodzić swoich praw. Oficjalnie pracują od 8.00 do 17.00. Przepytani pracownicy twierdzą jednak, że pracują po 10-12 godzin dziennie. Niektórzy nawet przyznają, że zdarza się, że pracują po 16-17 godzin na jednej zmianie. Bez urlopów ani zwolnień chorobowych. Tymczasem bangladeskie prawo dopuszcza maksymalnie 60 godzin pracy tygodniowo.| „Nawet jak któraś z nas jest chora, dają jej tabletkę albo maść i każą pracować dalej, nawet jeśli praca musi być wykonywana cały dzień na stojąco. Jeśli pracujemy cztery nadgodziny, zapisują trzy. Tylko jeśli pracujemy do późna wieczorem, dostajemy jednego banana i kawałek chleba. To jest wykańczające.” – powiedziała jedna z pracownic dhakijskiej fabryki”. |
| „Czasem niektóre z nas zmuszane są do pracy przez trzy kolejne nocne zmiany. Nawet jeśli opuścimy jeden dzień, każą nam go odpracować. Kierownictwo wciąż przeklina i używa poniżającego języka, zwłaszcza wobec pomocnic. Tego się nie da wytrzymać.” – żaliła się pracownica fabryki New Generation Fashion Ltd. |
Świat dostrzega problem
Największa polska firma odzieżowa, LPP S.A., posiada obecnie pięć marek: Reserved, House, Mohito, Cropp i Sinsay. W 2013 r. osiągnęła przychody netto ze sprzedaży w wys. ponad 4 mld zł oraz zysk netto w wys. ponad 432 mln zł. Produkcja dla marki Cropp odbywała się w jednej z fabryk na obrzeżach Dhaki, w kompleksie Rana Plaza. W wyniku katastrofy budowlanej, która zdarzyła się w kwietniu 2013 r., zginęło ponad 1100 osób, a 2000 zostało rannych. Katastrofa nagłośniła problem warunków pracy ludzi, którzy w nich pracują. Po tym zdarzeniu LPP dołączyło do porozumienia Accord on Fire and Building Safety in Bangladesh, którego celem jest poprawa bezpieczeństwa w fabrykach produkujących odzież w Bangladeszu. Do tej pory 150 firm, które biorą udział w inicjatywie, zebrało już 10 mln dolarów. Pod naciskiem mediów i konsumentów LPP również przekazała odszkodowanie dla poszkodowanych w katastrofie – nie wiadomo jednak, w jakiej wysokości. Sklepy polskich marek są obecnie w każdym centrum handlowym w kraju, ale ich klienci nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, w jakich warunkach produkowana jest atrakcyjna cenowo odzież. Utrata dobrego wizerunku marki mogłaby dużo kosztować modowych gigantów, dlatego pod presją świadomych problemu mediów i organizacji podejmują działania, które mają na celu poprawę bezpieczeństwa pracowników azjatyckich fabryk. Obecnie LPP jest w trakcie zmian w swoich wewnętrznych strukturach audytowych, a w stolicy Bangladeszu otworzy biuro, którego pracownicy będą dbali o poprawę bytu osób, które produkują dla nich towar. Podejście polskich firm się zmienia. Niewątpliwie autorzy raportu po raz kolejny przykuli uwagę opinii publicznej do kwestii jakości życia i pracy w krajach dotkniętych skrajną biedą. Justyna NiedbałBankier.pl

































































