Jutro spółka Fortum Wrocław (d. MPEC) zejdzie z warszawskiego parkietu. Jej akcjami nie można handlować na giełdzie już od ostatniej środy. Tymczasem ponad czterystu pracowników firmy i spółek zależnych wciąż ma akcje, których nie mogą sprzedać. Dlaczego? Bo nie minęły jeszcze dwa lata od ich przyznania. – Jesteśmy zdani na dobrą wolę inwestora, który wcale nie obiecał, że kupi od nas akcje. W końcu okaże się, że są bezwartościowe – denerwuje się jeden z pracowników. Jego emocje są zrozumiałe, bo wyliczył, że mógłby zarobić na sprzedaży swojej puli prawie 100 tysięcy złotych. Każdy z jego kolegów ma przyznane średnio 8-10 tysięcy akcji. Na ostatnich sesjach giełdowych za jedną płacono prawie 10 zł. Według związkowców to władze gminy popełniły błąd podczas negocjacji z inwestorem i nie zadbały o interes pracowników. – Chcieliśmy, żeby inwestor obiecał, że spółka nie zostanie wycofana z giełdy przez co najmniej pięć lat. Nikt nas nie słuchał – mówi Tadeusz Czerwiński, szef zakładowej Solidarności. Faktem jest, że związkowcy podpisali porozumienie, które dało wolną rękę inwestorowi. Bogdan Minczakowski, wiceprezes Fortum Wrocław, przyznaje, że związki zabiegały, by porozumienie objęło emerytów i pracowników spółek stowarzyszonych, ale Fortum nie wyraziło na to zgody. Dlatego w najlepszej sytuacji jest ponad setka pracowników z głównej spółki Fortum. Im Finowie zaproponowali wykup akcji po ok. 6 zł. Wobec pozostałych żadne deklaracje nie padły. O pomoc zwrócili się oni do Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Jarosław Augustynowicz z SII sądzi, że mogliby swoje akcje sprzedać jeszcze innemu inwestorowi. Władze Wrocławia sprzedały w październiku swój pakiet akcji MPEC-u za 300 mln zł. Teraz do inwesto- ra należy ponad 90 proc. papierów. Reszta jest w rękach obecnych i byłych pracowników. •
Słowo Polskie Gazeta Wrocławska
Łukasz Pałka





























































