Ministerstwo Finansów poinformowało, że dług publiczny Polski na koniec 2025 roku niemal zrównał się z konstytucyjnym limitem 60% PKB. Wiemy też, że już w styczniu niemal na pewno go przekroczył. Ale proszę się nie martwić, nie będzie z tego tytułu żadnych konsekwencji, gdyż przepisy pomijają zadłużenie pozabudżetowe.


To nie było trudne do przewidzenia. Każdy, kto chciał to wiedzieć, wiedział o tym już przeszło rok temu. Na koniec 2025 roku dług sektora instytucji rządowych i samorządowych wyniósł 2 335,2 mld złotych, co stanowiło 59,97% produktu krajowego brutto – poinformowało we wtorek 31 marca Ministerstwo Finansów. W praktyce oznacza to, że już trzy miesiące temu Polska osiągnęła konstytucyjny limit 60% PKB długu publicznego.
W samym IV kwartale 2025 roku dług publiczny Polski powiększył się o 113,4 mld zł (czyli o 5,1%), a w całym ubiegłym roku przyrósł aż o 322,5 mld zł (a więc o 16% rdr). Przy czym ujmowany w krajowym prawodawstwie „państwowy dług publiczny” (czyli dług Skarbu Państwa) wzrósł o 91,2 mld zł w samym czwartym kwartale, a w całym 2025 roku powiększył się o 302,1 mld zł (wzrost o 18,7% rdr).
Zobacz także
Z kolei ze styczniowych danych i zadłużeniu Skarbu Państwa wiemy, że ten rodzaj długu zwiększył się o 46,38 mld zł, sięgając niemal dwóch bilionów złotych. Oznacza to, że już w styczniu niemal na pewno łączne zadłużenie Polski przekroczyło konstytucyjny limit 60% PKB.
Czy istnieją długi wolne od konsekwencji?
W myśl ducha ustawy zasadniczej w takiej sytuacji rząd powinien przedstawić projekt budżetu państwa pozbawiony jakiegokolwiek deficytu. Musiałoby to oznaczać ostre cięcia wydatków publicznych lub drakońskie podwyżki podatków (a najprawdopodobniej jedno i drugie). Politycznie skutkowałoby to zapewne rozpadem koalicji rządowej (bo przecież żaden polityk nie chciałby odpowiadać za takie działania) oraz przyśpieszonymi wyborami parlamentarnymi.

Ale wiemy też, że nic takiego nie nastąpi. A dlaczego? Ano dlatego, że rządzący znaleźli „jeden prosty trik” pozwalający ominąć Konstytucję RP. Ta ostatnia powołuje się na „państwowy dług publiczny”, z którego ustawa wyklucza zadłużenie pozabudżetowe. Czyli długi państwa poukrywane we wszelkiej maści funduszach będących „poza kontrolą Parlamentu”. Na koniec 2025 roku w takich miejscach „zachachmęcono” dług o wartości nominalnej 421,6 mld zł.
Na tę kwotę składało się m.in. 208,3 mld zł długu we wciąż niezlikwidowanym Funduszu Przeciwdziałania COVID-19 (mimo że stan epidemii zdjęto prawie 4 lata temu), prawie 80,9 mld zł zadłużenia Funduszu Wsparcia Sił Zbrojnych oraz 70,4 mld zł długu Krajowego Funduszu Drogowego. W tych wszystkich funduszach kolejne ekipy rządy niezależnie od opcji politycznej już od blisko 20 lat ukrywają faktyczne zadłużenie publiczne .
Jesteśmy na kursie do 75% długu w relacji do PKB
Najbliższych kwartałach i latach zadłużenie Polski będzie tylko rosło. Rok 2026 będzie trzecim z rzędu, gdy deficyt fiskalny przekroczy 6% PKB. To przeszło dwukrotnie więcej niż dopuszczają unijne kryteria z Maastricht, które obowiązują Polskę jako członka Unii Europejskiej. Mamy sytuację, gdy blisko 30% wydatków państwa finansowych jest na kredyt (tj. poprzez emisję obligacji oraz z pożyczek i kredytów).
Przeczytaj także
Oficjalne dokumenty rządowe zakładają, że w dającej się przewidywać przyszłości rosnąć będzie też relacja długu publicznego do PKB. Wskaźnik ten w 2029 roku ma przekroczyć 75% i zakłada się, że dalej będzie rósł. Równocześnie państwowy dług publiczny ma się zatrzymać tuż poniżej limitu 60% PKB. Oznaczać to będzie coraz więcej długu zgromadzonych w pozabudżetowych, ale za to całkowicie kontrolowanych przez rząd, funduszach. To prawna fikcja, która rozmontowała wszelkie zadłużeniowe hamulce znajdujące się w polskim prawodawstwie.
O ile papier zniesie wszystko, to już wierzyciele rządu polskiego już niekoniecznie. Ci ostatni co prawda w ostatnich latach nieco przymykają oczy na statystyki długu do PKB, ale pozostają wyczuleni na rosnące koszty obsługi tego zadłużenia. W tym roku z naszych podatków będziemy musieli wydać ok. 90 mld zł na odsetki od obligacji skarbowych. Do końca dekady koszty obsługi polskiego długu publicznego mają wzrosnąć do 130 mld zł. Jeśli nasz PKB nie będzie rósł przynajmniej równie szybko, to możemy mieć poważny problem.
Już teraz robi się gorąco, gdyż w marcu doszło do skokowego wzrostu rentowności polskich obligacji skarbowych. Na skutek wojny z Iranem rentowność polskich 10-latech podskoczyła z 4,9% do blisko 6%, by 1 kwietnia obniżyć się do ok. 5,75%. W związku z tą sytuacją Ministerstwo Finansów odwołało jeden marcowy przetarg obligacji, a w jedynym przeprowadzonym przetargu mocno ograniczyło ofertę (aby nie pożyczać znacznie drożej niż w lutym). Maj i kwiecień będą jednak miesiącami prawdy, które zweryfikują, po jakiej cenie polski rząd może pożyczać pieniądze. Resort finansów zapewnia, że przetargi w drugim kwartale (w tym w kwietniu) będą odbywały się w ramach ogłoszonego w dniu 31.03 kalendarza.
A pożyczyć trzeba sporo, bo zgodnie z ustawą budżetową w 2026 roku rząd musi wyemitować obligacje za 688 mld zł. Cóż, nikt nie mówił, że nieodpowiedzialną politykę fiskalną prowadzi się łatwo.



























































