Niedługo poznamy skład nowego rząd, w którym zapewne pojawi się kilku świeżych ministrów. Lecz istotniejsza od personaliów jest liczba ministerstw i rozmiar zbędnej, nierzadko dublującej swoje zadania, biurokracji powstałej w tym procesie.

Każde – nawet minimalne – państwo do sprawnego funkcjonowania potrzebuje pewnej liczby urzędników skupionych w kilku ministerstwach. Nie ma rządu, który umiałby się obejść bez Ministerstwa Finansów (czyli ściągania podatków i zarządzania wydatkami), Ministerstwa Wojny (tzw. Obrony Narodowej), MSW (policja, wywiad, więzienia itp.) i MSZ (dyplomacja i ambasady). W Polsce dodatkowo potrzebne jest Ministerstwa Skarbu, które powinno prywatyzować państwowe przedsiębiorstwa. Z powodu członkostwa w UE przydatne jest również dawne Ministerstwo Rozwoju Regionalnego.
Cała reszta ministerstw jest w moim przekonaniu zbędna, choć w różnym stopniu. Nie będę kruszył kopii o Ministerstwo Kultury, bo to nie tylko spór o zasadność państwowego mecenatu dla artystów ale też o utrzymanie muzeów, zabytków i symboli narodowych. Przy (przynajmniej formalnie) niezależnych sądach i prokuraturze wątpliwości budzi sens istnienia Ministerstwa Sprawiedliwości, zaś Ministerstwu Środowiska przydałaby się zmiana nazwy i degradacja do poziomu departamentu MSW (bo ktoś powinien pilnować lasów, rzek, gór i jezior – czyli wielkiej państwowej własności ziemskiej).

Gdzie się kryje zbędna biurokracja?
Absolutnym liderem rankingu zbędnych ministerstw jest Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji, które swego czasu powstało tylko po to, aby umniejszyć władzę polityka kierującego aparatem policyjnym, czyli ministra spraw wewnętrznych. W mojej ocenie było to klasyczne tworzenie zbędnej biurokracji, a nadzór nad administracją może bez problemu wrócić pod skrzydła MSW. Kwestię rządowej „cyfryzacji” proponuję pominąć milczeniem.
Drugą lokatę otrzymało Ministerstwu Sportu i Turystyki, którego już sama nazwa nie pozwala traktować poważnie. Jest to urząd tak kuriozalnie zbędny, że nawet dotowanie koncernu Madonny i zamówienie nań ponad tysiąca wejściówek nie powinno nikogo dziwić. Trudno w ogóle zrozumieć, dlaczego rządowi urzędnicy mają zajmować się sportem. I to w dodatku za nasze pieniądze.
Podium uzupełnia Ministerstwo Gospodarki. Prawdziwa gospodarka to miliony ludzi, którzy każdego dnia podejmują setki decyzji w sprawie wykorzystania swych rzadkich zasobów. Im mniej będzie ministrów i urzędników wtrącających się w te procesy, tym zapewne będą one efektywniejsze. Prowadzenie misji handlowych i reglamentowanie działalności gospodarczej poprzez wydawanie rozmaitych koncesji i zezwoleń to stanowczo za mało, aby uzasadnić obecną wielkość tego urzędu.
Równie zbędne jest Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej. Niewielkie grono urzędników nadzorujących ZUS mogłoby z powodzeniem zasilić departament w ramach Ministerstwa Finansów. Zaś funkcję urzędów pracy już teraz przejmują prywatne agencje pośrednictwa pracy.
To tylko lista najbardziej oczywistych ministerstw nadających się do reformy kompetencji i uszczuplenia budżetów. A przecież jest jeszcze Ministerstwo Rolnictwa, którego główne zadania koncentrują się na transferowaniu pieniędzy od podatników do grupy wielkich producentów rolnych.
Problem polega na tym, że rząd zajmuje się problemami, których ze swej natury nie jest w stanie rozwiązać efektywnie. Dotyczy to przede wszystkim gospodarki, ale też wielu innych aspektów rzeczywistości. Państwo nie do końca radzi sobie z edukacją, sektorem medycznym czy rolnictwem – co najwyżej produkuje zbędne lub szkodliwe regulacje zatrudniając w tym celu urzędników, którzy nierzadko dublują swoją pracę. Jak na przykład minister odpowiedzialny za transport z urzędnikami GDDiKA, całkowicie niepotrzebne kuratoria oświaty z Ministerstwem Edukacji Narodowej i Centralną Komisją Edukacyjną. Jak NFZ z Ministerstwem Zdrowia.
Do tego dodajmy administrację rządową w terenie rozsianą w 16 urzędach wojewódzkich, których część kompetencji dubluje się z 16 urzędami marszałkowskimi. W tych wszystkich instytucjach stacjonuje przeszło półmilionowa armia (dokładnie: 638,6 tys. na koniec 2013 roku minus sto tysięcy żołnierzy zawodowych) urzędników, których przeciętne miesięczne wynagrodzenie brutto per capita wyniosło w 2013 roku 4523,60 złotych i było o 24% wyższe od średniej krajowej. Na same tylko pensje pracowników administracji publicznej w 2013 roku wydaliśmy więc 29,2 miliardów złotych plus należne składki na ZUS ze strony „pracodawcy” (to ok. 5,8 mld zł). Ponoć ryba psuje się od głowy, więc przycięcie biurokracji na najwyższym szczeblu byłoby ze wszech miar wskazane.































































