Obserwatorzy komentujący przebieg wyborów w USA znów z niepokojem spoglądają na Florydę. Stan, w którym przed 12 laty miał problem z policzeniem głosów, tym razem boryka się z kwestiami organizacyjnymi. Na oddanie głosu trzeba czekać nawet 9 godzin – donosi „Huffington Post”.
Na Florydzie, podobnie jak w większości stanów, można osobiście wziąć udział w głosowaniu przedterminowym. Wielu Amerykanów wybiera to rozwiązanie, ponieważ nie wszyscy mogą liczyć na urlop w samym dniu wyborów, czyli 6 listopada. Jak informuje Huffington Post, tegoroczne głosowanie to dla wielu mieszkańców Florydy droga przez mękę.
| »Romney walczy o głosy w Pensylwanii |
Kolejki przed lokalami wyborczymi spowodowane są przede wszystkim tym, że w ubiegłym roku republikańskie władze stanu zdecydowały się skrócić okres przedterminowego głosowania z 14 do 8 dni. Zmianę motywowano kwestiami finansowymi, choć przeciwnicy polityczny oskarżali gubernatora Ricka Scotta o celowe zniechęcanie wyborców, ponieważ demokraci zazwyczaj chętniej głosują wcześniej.
Na domiar złego w niektórych lokalach pojawiły się problemy techniczne, które uniemożliwiały oddanie głosu. W miasteczku Doral doszło nawet do czasowego zamknięcia lokalu, mimo 200 osób czekających na zewnątrz. By zachęcić wyborców do oddania głosu, politycy rozdawali jedzenie oraz ściągali lokalne zespoły muzyczne.
Mimo głosów opozycji, środowisk niezależnych, a nawet niektórych przedstawicieli własnej partii, gubernator Rick Scott kategorycznie sprzeciwia się wydłużeniu godzin przedterminowego głosowania. Na taki krok decydowali się dwaj poprzedni gubernatorzy Florydy – Charlie Christ i Jeb Bush, brat wybranego w 2000 r. prezydenta George'a W. Busha.
/mż
































































