Wtorkowe wypowiedzi przedstawiciela Rezerwy Federalnej stały się katalizatorem osłabienia dolara i znacząco wyższych cen złota. Dolarowe notowania królewskiego metalu ruszyły w kierunku nominalnych rekordów wszech czasów.


W środę rano kontrakty terminowe na złoto były wyceniane na poziomie 2043,40 USD za uncję trojańską. W nocy było to nawet ponad 2050 USD/oz. Były to najwyższe notowania „barbarzyńskiego reliktu” od maja, gdy przez Stany Zjednoczone przetaczała się pierwsza fala kryzysu bankowego.
Jest to zatem trzecia próba ataku na historyczne minima z sierpnia 2020, marca 2022 oraz wiosny 2023. Chodzi o strefę 2070-2080 USD/oz., która wyznacza górną granicę trwającej od przeszło trzech lat konsolidacji notowań złota względem dolara amerykańskiego. Warto przy tym wziąć poprawkę na fakt, że ceny złota w tym roku ustanowiły nowe maksima w prawie wszystkich innych głównych walutach świata: w euro, jenie, juanie, funcie brytyjskim czy rupii indyjskiej.
Fed pivot?
Przez poprzednie dwa lata ceny złota znajdowały się pod presją mocnego dolara i relatywnie wysokich długoterminowych realnych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych. Więcej na ten temat można przeczytać w artykule zatytułowanym „Październikowy rajd złota. Metal przeciwko reszcie rynków”. Ale teraz sytuacja zaczyna się zmieniać.
Rynek już od kilku tygodni nie ma wątpliwości, że lipcowa podwyżka stopy funduszy federalnych była ostatnią w tym cyklu. Oczekiwania te utwierdziły się po publikacji nieco niższej od oczekiwań inflacji CPI za październik. Jednakże oficjele z Rezerwy Federalnej uparcie grozili jeszcze jedną podwyżką i z uporem powtarzali narrację „wyżej na dłużej”. Czyli zamiar utrzymania stosunkowo wysokich stóp procentowych przez dłuższy okres czasu, aby mieć pewność, że inflacja trwale wróciła do celu.

Ta narracja została właśnie podważona przez Christophera Wallera – słynącego z „jastrzębiego” nastawienia członka zarządu Rezerwy Federalnej. Tymczasem Waller powiedział we wtorek, że obniżki stóp procentowych są kwestią miesięcy, jeśli inflacja nadal będzie słabnąć. To wiele zmienia. Do tej pory rynek spodziewał się pierwszego cięcia stopy funduszy federalnych (FFR) dopiero w drugiej połowie 2024 roku. Teraz notowania kontraktów terminowych na 42,5% wyceniają szanse 25-punktowej obniżki FFR już na marcowym posiedzeniu FOMC. Obniżka w maju jest już wyceniana na 75%.
Wizja spadku krótkoterminowych stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych to bardzo istotna zmiana. Amerykanie powiedzieliby, że to „game changer”. Nie chodzi to tylko o krótkookresowe osłabienie dolara (co zresztą też sprzyja wyższym cenom złota wyrażonym w USD), ale przede wszystkim o odwrócenie średnioterminowych trendów przepływu kapitału. Niższe FFR to – ceteris paribus – większe napływy kapitału na rynki akcji, na rynki wschodzące, surowcowe i metali szlachetnych. A być może także zakończenie trwającego od 15 lat trendu aprecjacji dolara.
Dolar, złoto, inflacja
Wielu inwestorów ma też w pamięci lekcję z lat 70-tych XX wieku. Wtedy to Fed zbyt wcześnie zaczął luzować politykę monetarną, co zakończyło się drugą, jeszcze potężniejszą, falą inflacji w USA i na świecie. W tamtej dekadzie ceny złota wzrosły z 35 USD do 850 USD/oz., czyli z grubsza 25-krotnie. Oczywiście, jest stanowczo zbyt wcześnie, aby dyskontować taki scenariusz. Ale pierwszy krok w jego kierunku został właśnie poczyniony.
Osobną sprawą są kwestie walutowe. Świat finansów patrzy na kurs złota do dolara amerykańskiego. Ale już inwestor indywidualny z Wielkiej Brytanii, Chin, Niemiec czy Polski postrzega żółty metal przez pryzmat waluty krajowej. U nas trwająca od początku października siła złota jest praktycznie niezauważalna z uwagi na umocnienie złotego i spadek kursu dolara do najniższego poziomu od lutego 2022 roku.
Dzięki temu „giełdowa” cena złota wyrażona w polskim złotym wciąż pozostaje w pobliżu 8 000 zł za uncję. W marcu było to prawie 8 900 zł/oz. Zaś nominalny rekord wszech czasów z marca 2022 roku wynosi blisko 9400 zł/oz. A to nie wszystkie komplikacje. Mówimy tu o cenie kontraktów terminowych z Nowego Jorku przeliczonych po bieżącym kursie USD/PLN. Jeśli jednak ktoś chciałby kupić sztabkę lub monetę bulionową, to będzie musiał wysupłać kilka procent więcej, niż wynosi cena „giełdowa”. Doliczyć tu trzeba koszty wytworzenia, dystrybucji oraz marże dilera i mennicy. W rezultacie ceny jednouncjowych monet bulionowych zaczynają się teraz od ok. 8350 zł.































































