Zarząd Transportu Miejskiego w Warszawie regularnie podsumowuje walkę z nieuczciwymi pasażerami. Choć większość warszawiaków uczciwie kasuje bilety, dane dotyczące dłużników-rekordzistów potrafią przyprawić o zawrót głowy.


Z najnowszych danych wynika, że rekordzista w Warszawie ma do zapłacenia gigantyczną kwotę z tytułu kar za jazdę bez ważnego biletu. Zaległość ta wynosi dokładnie 69 117,76 złotych.
- Kwota obejmuje należność główną i odsetki. Wezwania do zapłaty są wystawiane od 2010 roku. W sumie to 125 wezwań. Niemal wszystkie są na etapie egzekucji komorniczych - wylicza w rozmowie z TVN24 Tomasz Kunert, rzecznik ZTM. - Egzekucje są bezskuteczne - przyznaje.
Nieuchronność kary
ZTM podkreśla, że unikanie płacenia mandatów na dłuższą metę jest nieopłacalne. Proces windykacji jest obecnie bardzo skuteczny:
- wpis do rejestru długów - osoba trafiająca na listę dłużników może mieć problem z wzięciem kredytu, zakupem telefonu na abonament czy sprzętu na raty;
- sprawy sądowe i komornicze - ignorowanie wezwań prowadzi do skierowania sprawy na drogę sądową, co drastycznie podnosi ostateczny koszt kary;
- przedawnienie to mit - choć roszczenia przewoźnika przedawniają się po roku, uzyskanie sądowego nakazu zapłaty przerywa ten bieg i pozwala na egzekucję długu przez wiele kolejnych lat.
Jak podaje TVN24, w ubiegłym roku kontrolerzy pracujący dla Zarządu Transportu Miejskiego sprawdzili ponad 11 milionów pasażerów. Ponad 185 tysięcy z nich nie miało ważnego biletu. Niemal 130 tysięcy zdecydowało się zapłacić karę od razu, u kontrolera. Od dekady w stolicy można to robić kartą.

Władze Warszawy przypominają, że wpływy z biletów pokrywają tylko część kosztów funkcjonowania nowoczesnej komunikacji miejskiej. Kwoty, które "uciekają" przez gapowiczów, mogłyby zostać przeznaczone na zakup nowych autobusów, tramwajów czy remonty infrastruktury.
"Bilecik do kontroli". Ile zarabia się w znienawidzonym zawodzie?
"Poproszę bilety do sprawdzenia" - to zdanie potrafi błyskawicznie zestresować niemal każdego pasażera. Kontroler biletów, powszechnie określany mianem "kanara", od dawna plasuje się w czołówce zawodów darzonych najmniejszą sympatią społeczną. Pojawia się więc pytanie: czy zarobki w tej profesji rekompensują ogromne napięcie, codzienne utarczki słowne oraz konieczność ciągłego przemieszczania się?
Oprac. JM































































