
Źródło: Thinkstock
Wczoraj inwestorzy przecierali oczy ze zdumienia. DAX: +2,75%. CAC40: +4,1%. MIB: +5,6%. IBEX35: niemal +6%. A WIG20? –0,19%! Wszystko przez fixing, w trakcie którego i tuż przed którym warszawski indeks stracił blisko 40 punktów, czyli przeszło 1,5%.
Była to bolesna turbulencja dla krótkoterminowych inwestorów z rynku terminowego, ale dla ogólnego obrazu rynku nie miało to większego znaczenia. Straty zostały bowiem odrobione już na otwarciu, a po 30 minutach handlu WIG20 zyskiwał ponad 2%, osiągając wartość 2.158 pkt.
Euforia w Europie, a polski indeks zakończył notowania na minusie. Co stało się na zakończeniu sesji? - Piotr Kuczyński z Xelionu o czwartkowym fixingu.
Ostrożność wciąż jednak powinna być w cenie, ponieważ czwartkowa zwyżka oparta była na dość kruchej podstawie – czyli na deklaracjach Mario Draghiego. Szef EBC obiecał inwestorom „ochronę euro”, co rynek zinterpretował jako zapowiedź wznowienia skupu obligacji Włoch i Hiszpanii.
Tyle że to mogła być tylko słowna interwencja Draghiego, za którą wcale nie muszą iść oczekiwane przez rynek działania. Posiadacze długich pozycji powinni też się modlić, aby wstępny odczyt dynamiki PKB Stanów Zjednoczonych nie rozminął się z szacunkami ekonomistów. Te ostatnie przez ostatnie tygodnie były sukcesywnie obniżane i teraz rynek oczekuje anualizowanej dynamiki rzędu 1,4%. Jednakże zważywszy na pierwszą od trzech lat trzymiesięczną serię spadku sprzedaży detalicznej w USA można oczekiwać spadku wydatków konsumpcyjnych w drugim kwartale i dynamiki całego PKB nawet niższej niż 1%.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl



























































