Na Wall Street trwa dyskusja o perspektywach na nadchodzące miesiące. Najwięksi giełdowi optymiści rewidują swoje prognozy dla amerykańskich akcji, a analitycy rynku naftowego z JPMorgan przyznają wprost, że nie potrafią przewidzieć, jak zakończy się konflikt na Bliskim Wschodzie i jaki będzie jego wpływ na światowe ceny surowców.


Ed Yardeni: Obniżamy prognozę dla S&P 500
Jeden z najbardziej zagorzałych byków na Wall Street, Ed Yardeni, obniża swoją prognozę dla głównego amerykańskiego indeksu giełdowego na koniec roku, zaledwie miesiąc po jej wcześniejszym podniesieniu.
Jego firma badawcza Yardeni Research zredukowała docelowy poziom indeksu na koniec tego roku z 8400 do 7900 punktów. Oznacza to oczekiwania na poziomie około 5 proc. wzrostu w ciągu nieco ponad trzech pozostałych miesięcy.
– Biorąc pod uwagę ostatni wzrost rentowności obligacji, obniżamy naszą prognozę wskaźnika ceny do zysku dla S&P 500 na koniec roku z 19,8 do 18,6, co oznacza, że nasz poziom docelowy spada z 8400 do 7900 punktów – stwierdził Ed Yardeni w nocie przesłanej do klientów.
Jeszcze w sierpniu podnosił on roczną prognozę z 8250 do 8400 punktów. Obecnie, według weterana z Wall Street, ten cel przesuwa się na połowę 2027 roku. Yardeni nadal oczekuje jednak, że gospodarka będzie rosnąć bez recesji aż do końca dekady, a jego docelowy poziom dla S&P 500 do 2030 roku pozostaje niezmienny i wynosi 10 000 punktów.
Ben Snider z Goldman Sachs: Rynek wycenia dalszy wzrost zysków
Zespół strategów Goldman Sachs, na czele którego stoi Ben Snider, jest przekonany, że wyceny amerykańskich akcji są uzasadnione solidnymi perspektywami gospodarczymi i poprawą wyników finansowych spółek, dlatego obawy o „bańkę zysków” są przesadzone.

Zyski firm z indeksu S&P 500 w ciągu ostatnich dwóch kwartałów podskoczyły po 30 proc., co jest jednym z najlepszych wyników w historii. Oczekiwania na cały rok są najwyższe od czasu popandemicznego odbicia w 2021 roku.
Choć takie tempo może sugerować, że zyski przedsiębiorstw są „napompowane”, stratedzy Goldman Sachs uważają, że dynamika będzie zwalniać stopniowo, a nie gwałtownie się załamie.
– Rynek uwzględnia w wycenach dalszy wzrost zysków, zachowując jednak zdrowy sceptycyzm co do trwałości obecnych wyników – napisał Ben Snider w swojej analizie.
Rynek spodziewa się 19-procentowego wzrostu zysków firm w przyszłym roku i 17-procentowego w 2028 roku. Prognoza samego banku na nadchodzący rok jest skromniejsza i wynosi 11 proc. Stratedzy oczekują, że impuls generowany przez sztuczną inteligencję osłabnie w przyszłym roku, a wzrost marż zysku w sektorze półprzewodników i branżach pokrewnych spowolni. Prognoza Goldman Sachs dla S&P 500 na przyszły rok wynosi 8700 punktów, co oznacza oczekiwany wzrost o około 14 proc.
Prezes Bank of America: Rentowności w pewnym momencie się ustabilizują
Brian Moynihan, prezes Bank of America, ostrzega, że wysokie przychody z działalności inwestycyjnej, z których banki cieszyły się w pierwszej połowie roku, spadną w trzecim kwartale. Prawdopodobnie nie potrwa to jednak długo, dlatego całoroczne przychody banku w tym segmencie powinny być zbliżone do ubiegłorocznych.
– Rentowności w pewnym momencie się ustabilizują i myślę, że sprzyjać to będzie aktywności handlowej. Jednak po stronie finansowania dłużnego, które stanowi dużą część tej aktywności, problem polega na tym, że potrzebna jest struktura rentowności, która nie podlega gwałtownym wahaniom, aby ludzie czuli się komfortowo, decydując się na emisję długu w takim otoczeniu – powiedział Brian Moynihan w wywiadzie dla Bloomberga.
Szef instytucji ujawnił na konferencji finansowej Barclays, że Bank of America spodziewa się wygenerować w tym kwartale przychody od 1,6 do 1,8 mld dolarów, podczas gdy analitycy oczekiwali 2 mld dolarów. Według niego jest to wynik odzwierciedlający sytuację na całym rynku, ponieważ przychody z tytułu handlu instrumentami o stałym dochodzie wszystkich amerykańskich banków skurczą się o około 10 proc.
Rick Rieder: Fed w sytuacji nie do pozazdroszczenia
Rick Rieder to były dyrektor ds. inwestycji na rynku instrumentów o stałym dochodzie w BlackRock. Był on również jednym z kandydatów na stanowisko szefa amerykańskiej Rezerwy Federalnej po zakończeniu kadencji Jerome'a Powella. Według Riedera, Kevin Warsh, który ostatecznie objął to stanowisko, musi zmierzyć się z sytuacją nie do pozazdroszczenia.
W cyklicznej części gospodarki, która reaguje na zmiany stóp procentowych banku centralnego, inflacja nie wzrosła znacząco. Problem z cenami jest jednak znacznie bardziej widoczny w niecyklicznej części gospodarki, gdzie stopy procentowe Fedu odgrywają o wiele mniejszą rolę. Innymi słowy, podnoszenie stóp niekoniecznie musi doprowadzić do wyhamowania wzrostu cen konsumpcyjnych.
– To oczywiste, że energetyka, ubezpieczenia, opieka zdrowotna i edukacja już dziś borykają się z wyższymi kosztami i przerzucają je na konsumentów. Wyzwaniem dla Fedu jest walka z tym zjawiskiem za pomocą dostępnych narzędzi – ocenia Rick Rieder.
Jakby tego było mało, bank centralny praktycznie nie ma możliwości, by pozostawić stopy bez zmian.
– Podniesienie dziś stóp procentowych do nieco bardziej restrykcyjnego poziomu to działanie Fedu mające na celu zmierzenie się z faktem, że inflacja jest zbyt wysoka w stosunku do celu. Z kolei brak jakichkolwiek działań nie byłby pożądanym rozwiązaniem – podkreślił inwestor.
JPMorgan: Nie wiemy, jak wymodelować koniec konfliktu USA z Iranem
Analitycy JPMorgan przyznali, że nie potrafią przewidzieć, jak zakończy się amerykański konflikt z Iranem, ani jaki będzie jego ostateczny wpływ na rynek naftowy.
– Po prostu nie wiemy, jak wymodelować scenariusz końcowy – przyznali eksperci w najnowszym raporcie dotyczącym rynku ropy.
Na początku eskalacji analitycy spodziewali się, że administracja prezydenta USA nie pozwoli rynkowi na przekroczenie pewnych granic ekonomicznych. Jednak po pół roku konfliktu wiele z tych granic zostało przekroczonych, a jasnej strategii wyjścia z sytuacji wciąż nie widać.
Ceny ropy przekroczyły 100 dolarów za baryłkę, a cena galona benzyny wzrosła do 4,37 dolara. Analitycy odnotowują również, że cena oleju napędowego w USA osiągnęła historyczny rekord na poziomie 6,31 dolara za galon, a zapasy drastycznie topnieją.
Według szacunków banku ropa Brent powinna kosztować 90 dolarów za baryłkę, tymczasem jej cena oscyluje wokół 105 dolarów. Oznacza to, że rynki wyceniają dalsze zakłócenia w dostawach. Warto jednak zauważyć, że do tej pory ceny utrzymywały się na poziomie niższym, niż można było oczekiwać.
– Opierając się w znacznie większym stopniu na spadku popytu, a w mniejszym na zapasach, rynek był w stanie zaabsorbować znaczące zakłócenia w dostawach bez trwałego wzrostu cen. Od początku konfliktu cena ropy Brent wynosiła średnio zaledwie 94 dolary za baryłkę – podsumowują analitycy JPMorgan.





















































