"Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie" - Komisja Europejska szykuje rozwiązania, które pozwolą blokować inwestycje z krajów trzecich w strategicznych sektorach unijnej gospodarki. Choć formalnie nie pada nazwa żadnego kraju, to jasne jest, że na celowniku UE znalazły się Chiny.


Część europejskich liderów jest już zniecierpliwiona ograniczeniami, jakie Pekin nakłada na zagraniczny biznes, podczas gdy chińscy inwestorzy cieszą się praktycznie nieskrępowanym dostępem do unijnego rynku. Politycy podnoszą także obawy o bezpieczeństwo, któremu ich zdaniem zagraża wykupywanie przez Chińczyków zaawansowanych europejskich technologii oraz przejmowanie kontroli nad aktywami w sektorach energetycznym czy bankowym.
Na kiepski dostęp do chińskiego rynku europejski biznes narzekał od lat, to dopiero stanowcza postawa Emmanuela Macrona wprawiła w ruch unijną machinę. Póki zachodnie korporacje prosperowały za Murem, a Chińczycy nie stanowili dla nich konkurencji na macierzystych rynkach, to kwestia nie wywoływała przesadnych emocji. Dopiero gwałtowny napływ chińskiego kapitału w ostatnich latach, szczególnie w kontekście rosnącej potęgi Pekinu, wzbudził bardziej powszechną irytację Europejczyków.
Od 15 lat kraje należące do UE inwestowały w Państwie Środka 5-15 mld dolarów rocznie, wyraźnie więcej niż vice versa. W 2011 r. Chińczycy przystąpili do zdecydowanej ofensywy, a trzy lata później przebili poziom unijnych inwestycji za Murem. Przed rokiem ulokowali w państwach Wspólnoty aż 40 mld dolarów w formie bezpośrednich inwestycji zagranicznych, podczas gdy w drugą stronę popłynęło zaledwie 8 mld dolarów - wynika z danych Rhodium Group.
Gwałtowny wzrost chińskich inwestycji jest nie tylko skutkiem polityki gospodarczej Pekinu, której celem jest uzyskanie dostępu do nowoczesnych technologii, znanych marek i bogatych rynków zbytu, ale także problemów w Państwie Środka skłaniających do "ewakuacji" kapitału zza Muru.

Z kolei stagnacja europejskich inwestycji za Murem wynika przede wszystkim z ograniczeń, które nakładają na zagranicznych inwestorów chińskie władze. Choć zamknięty za rządów Mao kraj zaczął się otwierać pod koniec lat 70., to Chiny nie zdecydowały się, w przeciwieństwie do innych reformujących się w tym okresie krajów, na gwałtowną transformację, lecz wybrały drogę stopniowych reform. W ciągu 40 lat powstały gigantyczne firmy prywatne i państwowe.
Zdaniem zagranicy są one już gotowe na konkurencję, jednak komunistyczne władze wciąż nie kwapią się do otwarcia takich sektorów jak bankowy, energetyczny czy telekomunikacyjny. W tym samym czasie Chińczycy kupują udziały w elektrowni atomowej w Wielkiej Brytanii czy jednym z największych europejskich banków - Deutsche Banku. Mimo oficjalnych deklaracji, dochodzi również do dyskryminacji już funkcjonujących za Murem firm zagranicznych.
Być może autorzy propozycji liczą na to, że Chiny ugną się pod groźbą i szerzej otworzą swój rynek. Problem narastającej fali gigantycznych przejęć w UE na razie przygasł - Pekin już zdecydował się ograniczyć ekspansję chińskich przedsiębiorstw. Wartość wychodzących bezpośrednich inwestycji zagranicznych spadła w pierwszym kwartale o blisko 50 proc. Natomiast wartość inwestycji w Unii (6,5 mld USD) wróciła do poziomów notowanych przed "eksplozją" z ostatniego kwartału ubiegłego roku (20,6 mld USD).
Chiny zagrożeniem dla unijnego bezpieczeństwa?
Drugi podnoszony przez europejskich przywódców argument - o zagrożonym bezpieczeństwie Wspólnoty - bardziej przemawia do opinii publicznej. W awangardzie chińskiej ekspansji maszerują przedsiębiorstwa państwowe, bezpośrednio sterowane przez partyjnych dygnitarzy, oraz powiązane z władzą firmy prywatne.
Ten argument jest jednak trudniejszy do obrony dla czołowych polityków - przypisuje bowiem Pekinowi złe intencje, sugeruje, że Chiny są zagrożeniem dla Europy. Taka narracja spotyka się z ostrą reakcją Państwa Środka. Nie ma jednak co ukrywać, że Chiny nie kierują się wyłącznie rachunkiem ekonomicznym, podejmując decyzje inwestycyjne. Specjalne ciało do blokowania transakcji, które mogłyby zagrozić bezpieczeństwu narodowemu, mają np. Amerykanie. Wprowadzenie podobnego rozwiązania w Unii Europejskiej postuluje prezydent Macron, a popierają je m.in. kanclerz Niemiec Angela Merkel i premier Włoch Paolo Gentiloni, czyli przywódcy krajów, gdzie Chińczycy inwestują najwięcej.
Jednak nie wszystkie kraje zgadzają się z francuską propozycją. Sceptycznie nastawione są kraje nordyckie i bałtyckie. Bliskie relacje z Pekinem utrzymują Węgry pod przywództwem Wiktora Orbana i pogrążona w kryzysie Grecja. Podobnie jak w setkach innych przypadków, kraje członkowskie będą się w tej sprawie kierowały raczej własnym interesem niż definiowanym przez sojusz niemiecko-francuski interesem unijnym. Niektóre widzą w Chinach ważnego partnera gospodarczego i politycznego oraz alternatywę dla dominacji Zachodu.
Polska między młotem a kowadłem
Również polski rząd zabiega o przyjaźń komunistów zza Muru, dlatego wstrzemięźliwie wypowiada się w kwestii potencjalnych ograniczeń. Przykład Konsalnetu pokazał jednak, że jakaś forma regulacji byłaby mile widziana przez polskich polityków. Do wyboru są dwie opcje - mechanizmy krajowe lub unijne, każda ma wady i zalety.
Regulacje krajowe, skutkujące konkretnymi decyzjami, naraziłyby Polskę na niezadowolenie Pekinu, który bezwzględnie odpowiada na skierowane przeciw sobie akcje. Regulacje unijne pozwoliłyby "schować się" za decyzją "eurokratów". Byłoby to jednak oddanie kolejnej prerogatywy w obce ręce, co ciężko byłoby uzasadnić podkreślającemu przywiązanie do państwowej suwerenności rządowi PiS.
"W prowadzonych przez UE negocjacjach umów handlowych, Polska zawsze zwraca uwagę na konieczność zachowania wzajemności i symetrię w zakresie dostępu do rynku krajów trzecich" - informuje w oficjalnym stanowisku Ministerstwo Rozwoju. Jakie kroki jesteśmy podjąć, gdy "wzajemność i symetria" wyraźnie nie funkcjonuje? Nie wiadomo. Mateusz Morawiecki już raz poparł Macrona (jeszcze gdy ten był ministrem we francuskim rządzie), który proponował wzmocnienie środków antydumpingowych wobec chińskich producentów stali.
Na razie nie ma w Polsce wielkich aktywów, na którym zależałoby Chińczykom albo należą one do Skarbu Państwa, dlatego mechanizm nie jest nam w tej chwili niezbędny. Polskie firmy nie robią też wielkich interesów za Murem ani nie należą do globalnych gigantów, które mogłyby podbić chiński rynek bankowy czy telekomunikacyjny.
































































