Rząd USA obronił przed upadkiem AIG
Na przełomie 2007 i 2008 roku obniżanie stóp procentowych przybrało formę nieregularnych decyzji FOMC, co pokazuje, że amerykański bank centralny coraz silniej chciał interweniować w powstrzymywaniu zjawisk recesyjnych. Polityka banku centralnego została uzupełniona programem rządowym wsparcia dla kredytobiorców. Tą drogą starano się podtrzymać wiarygodność i płynność rynku finansowego. Kluczem staje się sposób realizowania polityki pieniężnej w realiach gospodarki globalnej. Polityka FED-u zmierzająca konsekwentnie do pobudzania gospodarki interwencjami i obniżaniem stóp procentowych w efekcie nasilania zjawisk recesyjnych w 2007 roku jest niejako kalką opisanej już strategii realizowanej po 2001 roku. A przed czym tak naprawdę bronił rynek finansowy FED? Enigmatycznie mówiąc przed skutkami inżynierii finansowej w postaci kreowania sekurytyzacyjnych papierów wartościowych zabezpieczonych kredytami. Potocznie trudno sobie wyobrazić, że dług (kredyt) ma jakąś wartość, ale z punktu widzenia banku tak jest. Problem w tym, że trudno tę wartość określić dziś z uwagi na ryzyko braku spłaty. W czasach niepewności nie wiedzą tego nawet sami kredytobiorcy. W bankach uniwersalnych, to one odpowiadają rezerwami za ewentualne straty, stąd tak rygorystyczne badanie zdolności kredytowej. W USA kto inny udzielał kredytu, który natychmiast sprzedawany jako papiery wartościowe trafiały do inwestorów, co z uwagi na duży popyt tych ostatnich nakręcało spiralę kredytową i dalej całą gospodarkę.
Gwiazdowski: Socjalizm panujący na Giełdzie Nowojorskiej
Rozdzielenie procesu kredytowego od finansowania akcji kredytowej (ściślej refinansowania) przerwało łańcuch odpowiedzialności za kreowanie kredytów zagrożonych. Inicjatorzy sekurytyzacji mogli sobie pozwolić na sięganie po coraz to nowe grupy klientowskie o słabej lub w ostateczności żadnej zdolności kredytowej, gdyż inwestorzy byli przekonywani o ich bezpieczeństwie i atrakcyjnych stopach zwrotu na bazie wcześniejszych transakcji. Obok tego część analityków rynkowych wskazuje również na jeden z katalizatorów kryzysu - powszechne stosowanie automatycznych systemów inwestycyjnych, które niejako „samonapędzały” się wzrostami, a po zachwianiu rynków doprowadziły do destabilizacji. Za niesprzyjające należy również instrumentalne traktowanie kredytobiorców. Instytucje finansowe świadomie obciążały kredytobiorców zbyt wysokimi obciążeniami kredytowymi licząc na wzrost wartości zabezpieczeń. Pierwszoplanowe były, bowiem plany sprzedaży kredytów oraz przekonanie, że przejęcie nieruchomości w sytuacji braku regularnej obsługi okaże się rozwiązaniem racjonalnym przy rosnących cenach nieruchomości.
Wykres. Wartość emisji znajdujących się w obrocie hipotecznych obligacji sekurytyzacyjnych na rynku amerykańskim na koniec 2007 roku (mld USD)

Niemniej jednak przez inwestorów te pierwsze symptomy kryzysu w 2005 roku zostały na fali hossy zignorowane i nie zweryfikowały planów inwestycyjnych. Zarządzający funduszami wspólnego inwestowania stali się niejako zakładnikami swoich wcześniejszych decyzji wynikających z rządzy zysków, a tak naprawdę motywowanych wysokimi premiami za wyniki. Stabilność sektora finansowego tą drogą została zachwiana, co w połączeniu z łagodną polityką pieniężną doprowadziło do narastania zjawisk inflacyjnych. W praktyce przeceny akcji, surowców, nieruchomości można potraktować, więc jako urealnienie ich wartości. Bardzo realne już zagrożenie zachwiania stabilnością gospodarek pogarsza perspektywy. Jedynym optymistycznym akcentem jest to, że znaczna część drogi za nami, ale dna kryzysu, jak się okazuje jeszcze nie minęliśmy. Pytanie jak szybko „chciwość” znów pchnie rynki do zakupów, a inwestorów do zarabiania, byle tylko nie wirtualnie, pozostaje otwarte. Rola FED na pewno jest w tym dwuznaczna.
Bogusław Półtorak
Główny Ekonomista Bankier.pl



























































