Szumnie zapowiadane obietnice istotnego obniżenia podatku od pracy (PIT) w rzeczywistości okazały się słabsze niż oczekiwania, które rozbudzili politycy obozu władzy.


„Generalnie, z podwyższenia kwoty uzyskania przychodów skorzysta około 11 milionów osób pracujących Polaków i oni to zauważą, że dzięki obniżce podatku PIT przez rząd Prawa i Sprawiedliwości - ich pensje rosną” – zapowiadał premier Mateusz Morawiecki. „Dodatkowo obniżona zostanie stawka podatkowa PIT z 18 na 17 proc.” – pan premier nie dopowiedział, że pułap przychodów dla tej obniżki będzie tak niski.
Po pierwsze, zamiast powszechnej obniżki najniższej stawki PIT z 18% do 17% otrzymaliśmy dodatkowy próg podatkowy. Innymi słowy, obniżką stawki podatku zostaną objęte przychody z pracy do wysokości 42 764 zł rocznie (czyli ok. 3 564 zł brutto miesięcznie).
Po drugie, utrzymywane bez zmian przez ponad dekadę koszty uzyskania przychodu (czyli taka śmieszna formuła, dzięki której PIT nazywany jest podatkiem „dochodowym”, a nie przychodowym – którym w istocie jest) wzrosną z 1335 zł do 3000 zł rocznie – dzięki temu uratujemy przed fiskusem ok. 300 zł rocznie.
Po trzecie, nic nie wspomniano o podniesieniu kwoty wolnej od podatku, która nie była waloryzowana od dekady i która dla ogromnej większości podatników pozostaje na śmiesznie niskim poziomie 3091 zł.
Po czwarte, hucznie zapowiadana zerowa stawka PIT dla podatników do 26. roku życia faktycznie będzie limitowana do zarobków w wysokości 3 564 zł brutto miesięcznie (42 764 zł rocznie). Nie wiemy też, co ze składką zdrowotną, która jest odliczana od zaliczki na PIT. W praktyce „zerowy PIT” zapewne może wynosić 7,75%.
„Jeżeli młody człowiek zarabia bardzo dużo, to dla niego zapewne Ministerstwo Finansów przygotuje jakiś pułap. Ale powiedzmy sobie szczerze, ilu młodych ludzi do 26 roku życia zarabia 7 tys. zł na rękę, naprawdę niewiele" – zapowiadał w marcu premier Morawiecki. Tymczasem zaproponowany przez resort finansów limit wynosi ok. 2,5 tys. zł na rękę.
Rząd reklamuje zmiany w PIT jako obniżkę tzw. klina podatkowego – czyli opodatkowania pracy, które w Polsce podchodzi pod 40%. Głównym winowajcą horrendalnie wysokiego opodatkowania pracy jest tutaj nie PIT, lecz tzw. składki na ubezpieczenia społeczne (tzw. zus). „Składki” te będące w praktyce podatkiem od pracy, konsumują prawie 33% pensji brutto. Przy czym dla niepoznaki część naliczana jest „po stronie pracownika” (tj. pomniejsza pensję brutto), a część „po stronie pracodawcy” (tj. powiększa koszty pracy). W praktyce 100% składek ZUS obciąża pracownika.
Zatem dopóki nie przytniemy haraczu na rzecz ZUS-u, deklaracje o obniżaniu klina podatkowego będą mocno na wyrost. Rzecz jasna każda obniżka opodatkowania pracy jest krokiem we właściwym kierunku. Problem w tym, że wprowadzanie dodatkowych progów i preferencji podatkowych prowadzi przede wszystkim do dalszej komplikacji i tak już zbyt skomplikowanego systemu.
Tekst jest komentarzem do artykułu zatytułowanego „Ministerstwo Finansów wprowadza nowy próg podatkowy”.

























































