Wyrok na byłej premier traktowany jest jako polityczny odwet Wiktora Janukowicza. Z pewnością jest w tym dużo prawdy. Jednak sprawa Julii Tymoszenko ogólnie należy do podejrzanych. Została ona skazana za nadużycia przy zawieraniu kontraktów gazowych z Rosją i skazana przez ukraiński sąd na 7 lat więzienia. Warto na to spojrzeć z drugiej strony. Co jeśli sąd miał rację i powinna ona swoje odsiedzieć?
Po pierwsze Julia Tymoszenko też należy do grupy oligarchów. Jej majątek wyceniany jest na ponad 2 mld USD. Mało kto zdaje sobie sprawę, że dorobiła się ona właśnie na gazie. Gdy w 1999 roku została wicepremierem sama mówiła o sobie, że na Ukrainie nie ma takiego oligarchy, który mógłby jej wręczyć łapówkę. To, że tak mówiła wcale nie oznacza, że jest to prawda.
Kto odpowiada za finanse państwa?
Zdaniem ukraińskiego sądu jest ona odpowiedzialna za zawarcie niekorzystnej dla Ukrainy umowy gazowej przez Naftohaz, w wyniku której spółka ta straciła ok. 600 mln zł. Innymi słowy, nie chodzi o drobne 17 mln zł z „afery Rywina”, ale o pieniądze, za które można kupić małe państwo.
Na Ukrainie jest bardzo wielu bogatych ludzi. Podobnie jak w Rosji, część z nich dorobiła się w niejasnych okolicznościach. Trudno powiedzieć, czy była premier również się do nich zalicza, ale w końcu wątpliwości może już budzić rzekomy rozmiar jej majątku. Czy na wschodzie Europy w latach 90'tych można było uczciwie zarobić miliard dolarów?
Pierwszy milion trzeba ukraść
Być może to prawda, że Julia Tymoszenko była politykiem nieskazitelnym, który ciężko zapracował sobie na poparcie społeczeństwa i duży majątek. Ukraiński sąd jednak nie patrzył na jej domniemane osiągnięcia, ale na przedstawione fakty. Nawet jeśli są trochę przerysowane, nawet jeśli ukradła tylko „milion dolarów”, to czy w związku z tym nie zasłużyła na karę więzienia?
Janukowicz musiał zdawać sobie sprawę, że zgromadziła ona duży kapitał polityczny w UE i nawet jako bohaterka pomarańczowej rewolucji zawsze będzie traktowana przez zachodnich polityków jako „swój człowiek”. Skazanie jej było bardzo niebezpieczne i obecny prezydent Ukrainy musiał zdawać sobie z tego sprawę. Zatem czy jest szaleńcem, który nie boi się UE, czy może rzeczywiście coś jest na rzeczy?
Jeżeli tak, to mamy precedens, który dodatkowo wzbudza wielki strach u każdego zachodniego premiera, prezydenta, ministra czy komisarza UE. Skoro osoba pełniąca takie stanowiska nie jest ponad prawem, to znaczy, że nikt nie jest i oni też mają powody do obaw. Może właśnie to jest rzeczywistym powodem ich poparcia? Tak jak górnicy czy policjanci, którzy zawsze stoją za sobą murem w obliczu „zagrożenia”, tak samo postępują politycy. Nawet gdy mają pełną świadomość, że nie mają racji. Obawiam się, że może się okazać, że Ukraina jest bardziej praworządna niż cała UE.
Łukasz Piechowiak
Bankier.pl
l.piechowiak@bankier.pl






























































