Spekulacje o poprawie amerykańskiego popytu na miedź rozbudziły opublikowane wczoraj dane z przemysłu. W styczniu wskaźnik ISM odbił się od dna, zaś subindeks obrazujący wartość nowych zamówień wzrósł po raz pierwszy od sierpnia. Niektórzy inwestorzy potraktowali ten raport jako sygnał świadczący o wyhamowaniu dynamiki spadku produkcji przemysłowej w Stanach Zjednoczonych.
„Jeśli rzeczywiście zaobserwowaliśmy dno cyklu amerykańskiej produkcji przemysłowej, to miedź również mogła już odnotować swoje minimum” – powiedział agencji Bloomberga David Thurtell, analityk z londyńskiego oddziału Citigroup.
Od swojego wigilijnego dna na poziomie 2.817$ notowania miedzi wzrosły o 13%, lecz równocześnie wszystkie próby zwyżki zatrzymywały się w okolicy poziomu 3.500$. Inwestorów sprowadzały na ziemię twarde dane makroekonomiczne: malejąca dynamika PKB wszystkich potęg gospodarczych, kurczący się eksport, a w wielu przypadkach pikująca produkcja przemysłowa (np. w Japonii o ponad 20% r/r).
Dane te mają odzwierciedlenie w raportach spływających z magazynów Londyńskiej Giełdy Metali. Tylko dzisiaj do składów LME napłynęło 4,1 tys. ton miedzi. Obecny stan zapasów to 495.300 ton i jest najwyższy od grudnia 2003 roku. Poniedziałek był pierwszym od 11. grudnia dniem spadku stanu giełdowych zapasów tego surowca.
Z powodu tych wątpliwości pomimo wysokiego otwarcia cena miedzi zaczęła spadać. O godzinie 12:50 tona tego metalu kosztowała 3.170$ i była o 1,4% droższa niż wczoraj.
Na wzrost cen czerwonego metali liczą analitycy z banku Goldman Sachs. Ich najnowszy raport zakłada średnioroczną cenę miedzi na poziomie 3.740$. Zdaniem specjalistów z Goldmana to miedź będzie pierwszym metalem przemysłowym, którego ceny się ustabilizują, a później zaczną rosnąć.
K.K.

































































