To był ciężki dzień na rynkach finansowych. Ale na koniec najmocniej oberwało się ropie naftowej, które notowania spadły do najniższych poziomów od początku roku.


Rynki finansowe lękają się, że handlowa krucjata Donalda Trumpa doprowadzi do przyspieszonego zakończenia cyklu koniunkturalnego i wpędzi świat w kolejną recesję. Obawy te na poważnie wzięli do siebie decydenci w bankach centralnych, które na wyprzódki zaczęły obniżać stopy procentowe. Zupełnie jak w styczniu 2008 roku.
Mimo że nowojorskim indeksom udało się odrobić nawet 2-procentowe spadki, to wciąż było widać ucieczkę kapitału ku tzw. bezpiecznym przystaniom. Dolarowe ceny złota po raz pierwszy od ponad 6 lat osiągnęły pułap 1 500 USD za uncję. Rentowność 30-letnich obligacji USA spadła do najniższego poziomu w historii, a dochodowość amerykańskich 10-latek zbliżyła się do rekordowo niskich poziomów z 2016 roku.
Ale największe spadki obserwowano na rynku ropy naftowej – strategicznego surowca, którego ceny są szczególnie wrażliwe na żywotność aktywności gospodarczej. W środę ropa Brent taniała nawet o 4,4%, schodząc do 56 USD za baryłkę. Po wieczornej podbitce brytyjska ropa zakończyła dzień spadkiem o ponad 2%, do 57,37 USD za baryłkę. To najniższy kurs zamknięcia od 4 stycznia.
Amerykański surowiec typu Crude został przeceniony o 2,2%, do 52,30 USD za baryłkę. W trakcie dnia „czarnym złotem” z Teksasu handlowano nawet po cenie 50,55 USD za baryłkę.
Cenom ropy nie pomógł cotygodniowy raport o zapasach w USA. Analityków zaskoczył zarówno przyrost rezerw surowca (o 2,4 mln baryłek) jak i gotowej benzyny (aż o 4,4 mln brk). W obu przypadkach oczekiwany był spadek zapasów.
KK































































