Jeszcze w środę za ropę Brent płacono aż 104,5 USD – czyli najwięcej od września 2008 roku. W tym samym czasie surowiec z Teksasu, którym handluje się w Nowym Jorku, kosztował niespełna 85 USD. Różnica zbliżała się więc do rekordowych 20 USD za baryłkę.
Ostatnie 48 godzin znacząco zmieniło tą sytuację. W piątek o godzinie 14:00 amerykańska ropa podrożała do 89,22 USD, a europejska potaniała do 102,09 USD. Dyferencjał obniżył się więc do 12,87 dolarów, co według historycznych standardów i tak jest poziomem nadzwyczajnie wysokim.
Wysokie notowania ropy w Europie tłumaczono sytuacją na Bliskim Wschodzie. Protesty w krajach arabskich zwiększały bowiem ryzyko przerwania dostaw surowca do portów śródziemnomorskich. Dopiero ostatnie protesty w Bahrajnie oraz Iranie zaniepokoiły inwestorów z Nowego Jorku, którzy wcześniej zwracali uwagę głównie na bardzo wysokie zapasy samego surowca oraz gotowej benzyny.
Spekulacyjny apetyt na londyńską ropę dodatkowo schłodziły doniesienia z Chin. Dziś Ludowy Bank Chin po raz drugi w tym roku podwyższył stawkę rezerw obowiązkowych, dążąc do ograniczenia akcji kredytowej. Część inwestorów mogła zamknąć długie pozycje w obawie przed ewentualnym spowolnieniem gospodarczym w Państwie Środka wywołanym restrykcyjną polityką pieniężną.
K.K.






























































