Opozycja alarmuje o wielkiej dziurze budżetowej, którą potwierdzają dane z MInisterstwa Finansów. Jednak jeszcze premier Mateusz Morawiecki zapewnia, że "w rzeczywistości sytuacja budżetowa jest dziś bardzo dobra". I dodawał, że będzie stał na straży interesów tak wyborców PiS, jak i tych, którzy głosowali na opozycję.


Szef rządu w podkaście zamieszczonym w niedzielę wieczorem w mediach społecznościowych poinformował, że "zaczęły się ze strony opozycyjnej głosy, że część obietnic może nie być realizowana". "Niektórzy politycy już zaczęli narzucać narrację o rzekomo wielkiej dziurze budżetowej, podczas gdy w rzeczywistości sytuacja budżetowa jest dziś bardzo dobra" - podkreślił Morawiecki.
Przeczą temu jednak oficjalne dane podane przez Ministerstwo Finansów, które określiło deficyt budżetowy na ponad 37 mld zł (w analogicznym okresie w zeszłym roku Polska mogła się pochwalić 27 mld na plusie). Zdaniem ekspertów oznacza to, że aby zamknąć budżet, trzeba już zacząć ciąć wydatki, a więc stabilność finansowa jest w rękach Mateusza Morawieckiego, który powinien poinformować społeczeństwo o tym, gdzie zamierza oszczędzić.
Czyżby, ogłaszając "wielki odwrót od obietnic wyborczych opozycji", chce odwrócić uwagę od faktu, że cięcie wydatków zaplanował już wcześniej w Wieloletnim Planie Finansów Państwa, który musiał przedstawić Brukseli? Można w nim przeczytać, że zaciskanie pasa jest przewidziane na 2 proc. PKB, czyli na 60-70 mld zł. I plan ten przedstawiał rząd PiS, a nie - choć wybrany przez suwerena, to nie potwierdzony konstytucyjnie - rząd opozycji.

"Rząd już musi ciąć wydatki". Borys przyznaje się do katastrofy budżetowej?
Tuż po wyborach, co nomen omen ze względu na liczby, nie jest zaskoczeniem, poznaliśmy dane odnośnie do deficytu budżetowego, określonego przez opozycję mianem "dziury Morawieckiego". Zdaniem ekspertów bez cięcia wydatków nie będzie możliwe zamknięcie budżetu. Co więcej, musi to zacząć robić obecny rząd.
Mateusz Morawiecki zwrócił uwagę, że przed wyborami opozycja wiele mówiła o wyborczych oszustwach m.in. iż obawia się, że wybory nie będą przeprowadzone w sposób uczciwy. Ale i w tym przypadku jego słowom przeczą ustalenia misji obserwacyjnej OBWE, przebywającej w Polsce, która przedstawiła wstępny raport po wyborach parlamentarnych. Zaznaczyła w nim wyraźnie, że opozycja była bez równych szans. Organizacja wymieniła przy tym:
- wykorzystywanie wszelkich zasobów państw,
- zatarcie różnicy między tym, co państwowe, a tym, co partyjne,
- wątpliwe finansowanie,
- pomieszanie kampanii referendalnej z wyborczą,
- duże wsparcie TVP dla rządzących przy praktycznym odcięciu dostępu dla kandydatów opozycji.
To jednak nie wszystko. "Donald Tusk już zdążył złamać swoją pierwszą obietnicę. Dzień po wyborach miał przecież polecieć do Brukseli i odblokować KPO. Teraz się okazało, że to była tylko metafora. Zobaczymy, iloma jeszcze metaforami posługiwała się przez ostatnie miesiące opozycja" - dodał Morawiecki.
Czy należy przypomnieć rządzącemu premierowi, że po wygranych wyborach, a przecież takimi chwali się Zjednoczona Prawica od 15 października, obiecał zmusić Niemcy do wypłaty reparacji wojennych? Tych pieniędzy też jakoś nie widać.
W obliczu tych porównań zapewnienie, że "niezależnie od sytuacji w kolejnej kadencji", Morawiecki będzie stał na straży interesów wyborców, którzy głosowali na PiS, ale i tych, którzy oddali głos na opozycję, "ale oczekują Polski dumnej i sprawiedliwej", brzmi dość niepewnie.
aw/pap






























































