REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Polski naukowiec z Melbourne, o którym będzie głośno [Tam mieszkam]

2015-08-07 10:28
publikacja
2015-08-07 10:28
Dodaj Bankier.pl w Google

Zajmuje się badaniami z genetyki, w przyszłości chce hodować ludzkie organy. Studiuje w Szkocji, ale najbliższy rok spędzi w Australii. Dalia Gala to jeden z młodych, obiecujących naukowców, którzy wyjechali rozwijać się za granicą. Czy wrócą?

– Zamierzam projektować wirusy i nanomateriały po to, żeby wykorzystywać je we współczesnej medycynie. Interesuje mnie hodowanie organów, kończyny bioniczne, nanohydraulika, produkowanie ludziom sztucznych stawów – recytuje ze szczerym entuzjazmem w najnowszej rozmowie z serii #TamMieszkam Dalia Gala*, jeden z najzdolniejszych polskich młodych naukowców, obecnie mieszkanka Melbourne.

Choć takich słów nie słyszy się często, jest duża szansa, że plany młodej Polki się spełnią. Ma już za sobą laboratoryjny projekt w Oslo, rozpoczęte studia w Glasgow, spotkanie z noblistami w USA, a obecnie rozpoczyna program wymiany studenckiej w Australii. Imponujący wynik jak na 20-latkę. Rozmowa z tą dziewczyną to lekcja determinacji w dążeniu do celu, opowieść o ciekawości świata i chęci bycia najlepszym w tym, co się robi. Nawet mimo skromnego budżetu.

fot. Dalia Gala /

Zanim zdążę powiedzieć pierwsze słowo, Dalia mocno kaszle.

Dalia Gala: Przepraszam. W Melbourne jest zima i mam z tym problem. (śmiech)

Wakacje na giełdzie

Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl: Dzisiaj jesteś w zimowej Australii, ale jeszcze kilka tygodni temu mieszkałaś w Szkocji. O to od zawsze chodziło? Chciałaś mieszkać za granicą?

Zawsze mnie ciągnęło do podróży, ale to, że zaczęłam podróżować stało się trochę przez przypadek. Dzięki temu, że trafiłam do grona ludzi, którzy także aplikowali na studia za granicę i przypomnieli mi o moim dawno zapomnianym marzeniu, by podróżować po świecie. W końcu jednak, dosłownie w ostatniej chwili, udało mi się zrealizować to, o czym od dłuższego czasu myślałam, a o czym chyba trochę zapomniałam.

Twoja droga z Kielc do Melbourne nie była ani oczywista, ani prosta – o tym opowiemy za chwilę - ale podyktowana głównie karierą naukową. Skąd tak silna pasja?

Wszystko zaczęło się od cebuli. Na lekcjach biologii nauczyciele kazali nam podważyć igłą tę najcieńszą warstwę cebuli, która zwykle przykleja się do noża i włożyć pod mikroskop. W ten sposób zobaczyliśmy na własne oczy komórki. Bardzo mi się wtedy spodobał ten mikroświat. Później rodzice kupili mi zestaw młodego badacza: teleskop i mikroskop. Przeczytałam gdzieś wtedy, że w wodzie z ciętymi kwiatami rozwijają się różne bakterie. Wzięłam więc wodę z tych kwiatków i tak poznałam pantofelki – pamiętam, że byłam tym nieźle podekscytowana. Później w szkole trafiłam na bardzo dobrą nauczycielkę, która zawsze tłumaczyła nam wszystko obrazowo, na żywych modelach.

W liceum poszłam już do klasy biologiczno-chemicznej i tam wydarzyło się to, co odmieniło mój los – zaaplikowałam do Krajowego Funduszu na Rzecz Dzieci. Fundusz organizuje warsztaty pod okiem naukowców - ci zabierają młodzież do swoich instytutów i pokazują, nad czym pracują. W ten sposób w drugiej klasie liceum wylądowałam na warsztatach biologicznych w Instytucie Matki i Dziecka w Warszawie, gdzie wykonywaliśmy badania z genetyki. Zajmowaliśmy się pacjentem, który miał różne cechy dymorficzne – zniekształconą twarz, opóźnienie w rozwoju i padaczkę, badając go pod kątem genetycznym, żeby znaleźć przyczyny jego problemów. Do tych samych opiekunów naukowych wróciłam później w wakacje na dodatkowy staż. Z prowadzonych wtedy prac napisaliśmy projekt, z którym wystartowaliśmy w konkursach dla młodych naukowców EUCYS i E(x)plory. W obu z nich zajęliśmy trzecie miejsce (dzięki temu pierwszemu konkursowi m.in. zostałam przyjęta na studia w Krakowie, na które nie ostatecznie poszłam). Z tym samym projektem badawczym zgłosiłam się na międzynarodową konferencję naukową Oblicza Neuronauki. I to jest właśnie to dobre grono, o którym wspominałam, bo właśnie tamtego dnia rozmawialiśmy kto gdzie idzie na studia. I chociaż wcześniej myślałam o tym tylko jako planie na daleką przyszłość, to dopiero wtedy porządnie nakręciłam się na studia za granicą. Uznałam: co mi szkodzi. W przyspieszonym tempie zdałam egzamin językowy, musiałam napisać esej o sobie i zorganizować referencje.

Czekając wtedy na wyniki rekrutacji, a było to na kilka miesięcy przed maturą, przegapiłam datę aplikowania na staże międzynarodowe, na które bardzo chciałam się dostać. Postanowiłam więc, że zorganizuję sobie taki staż na własną rękę. Zaczęłam wysyłać e-maile do różnych europejskich instytucji zajmujących się biologią. Było tego około 350 e-maili o analogicznej treści.

fot. / / YAY Foto

Dostałam wtedy kilka propozycji, ale większość dotyczyła staży bezpłatnych, a zależało mi chociaż na częściowym pokryciu kosztów pobytu za granicą. Zdecydowałam się na Norwegię, gdzie opłacono mi mieszkanie i transport publiczny, ja miałam sobie tylko sfinansować lot i wyżywienie. Pojechałam więc do Oslo. A w międzyczasie zdałam maturę i dostałam się na studia do Glasgow.

Pomówmy o tej Szkocji. Co ciebie jako studentkę z Polski zaskoczyło na zagranicznej uczelni?

Pierwsza sprawa to tzw. Freshers’ Week. Ja wiem, że on istnieje też w Polsce, ale z tego co wiem, zupełnie różni się od tutejszego. W Glasgow przez ten tydzień adaptacyjny codziennie organizowano warsztaty, rozstawiano stoiska informacyjne, to był czas reklamowania się różnych klubów i stowarzyszeń.

I teraz: w Polsce koła naukowe są zwykle tematyczne – tam, gdzie studiujesz medycynę, należysz do kół naukowych zajmujących się medycyną, jeśli prawo – koła naukowe dotyczą prawa itd. A w Melbourne czy Glasgow jest tak, że koła naukowe są bardzo często zupełnie niezwiązane ze studiowanymi dziedzinami nauki. Jest na przykład Bad Movie Society, którego członkowie oglądają filmy klasy B. Mamy Stowarzyszenie Miłośników Sera - i jedzą sery. Tak, jak byłam zaskoczona w dniu prezentacji tych wszystkich organizacji, nie byłam chyba zaskoczona nigdy wcześniej. Stowarzyszenie włoskie, francuskie, stowarzyszenie miłośników wina, piwa, taniec brzucha, pole dance (!).

Następna rzecz – mam prywatnego Student Advisora. Każdy student dostaje tutora, który odpowiada za przebieg jego studiów. Z tą osobą konsultuje się swoje oceny, kursy, na które jest się zapisanym czy inne pomysły. Tego w Polsce w standardzie nie ma.

fot. glasgowstudent.net /

Kolejna sprawa – na pierwszym roku miałam tylko trzy przedmioty: biologię, chemię i astrofizykę, z czego dwa pierwsze były kursami wymaganymi, a ten trzeci każdy student wybierał sobie sam. Niektórzy moi koledzy decydowali się na sztukę albo język francuski, co było szansą, żeby mieć na studiach jakąś odskocznię. Po pierwszym roku trzeba jednak porzucić jeden z tych przedmiotów i zostają tylko kursy dotyczące głównego kierunku.

Nagrywanie zajęć - jest do tego specjalny system Echo360, kamera umieszczona w rogu sali rejestruje wszystkie wykłady. Co więcej, można oglądać je live, z domu. W Glasgow miałam w ten sposób nagrane wszystkie przedmioty. Dostęp do pokazywanych na wykładach slajdów, do warsztatów i ćwiczeń, włącznie z dodatkowymi quizami czy przykładowymi egzaminami był online, korzystaliśmy w tym celu z Moodle.

Ponadto: chodzę na wykłady i klikam. (śmiech) To znaczy studenci dostają kliker, na którym po pytaniu zadanym przez nauczyciela w trakcie wykładu naciskają odpowiedź według siebie poprawną. System zlicza odpowiedzi i wyświetla rozkład opinii słuchaczy. Nauczyciel omawia wyniki – jeśli wiele osób zaznaczyło błędną opcję, tłumaczy, z czego mogło to wynikać. Czasami na podstawie tego klikania weryfikuje się obecność studentów na wykładach.

W trakcie pierwszego roku studiów udało Ci się wyskoczyć do Stanów na, phi, spotkanie z noblistami.

Tak. Wspomniałam, że na konkursie E(x)polory zajęliśmy 3. miejsce. Było mi strasznie przykro, bo można było tam dostać wyróżnienie, którym był wyjazd na konkurs Intel ISEF do Stanów. W tym roku napisałam więc projekt z badań przeprowadzonych w Oslo i zgłosiłam go na konkurs. Przeszłam do drugiego etapu. Konkurs odbywał się w piątek w Warszawie, przyleciałam na niego w czwartek z Glasgow, a w sobotę wracałam z powrotem. Ostatecznie przeszłam do finału i wysłali mnie do Stanów. Faktycznie - mieliśmy tam okazję spotkać się i porozmawiać z noblistami.

Później była już Australia. Byłaś zdeterminowana, żeby wyjechać właśnie do tego kraju?

Tak, to w ogóle śmieszna historia. Pamiętam jak dzisiaj: którejś nocy w akademiku nie przespałam całej nocy, bo ktoś obok robił hałas. Następnego dnia poszłam na wykłady i ktoś dał mi ulotkę informującą, że dzisiaj jest dzień poświęcony zagranicznej wymianie studenckiej. Bolała mnie głowa i chciałam prosto po wykładach iść się położyć. Zaczęłam już wracać do domu, przeszłam z 200 metrów, po czym jednak zawróciłam i stwierdziłam, że przemęczę się i pójdę na to spotkanie. Tam dowiedziałam się wszystkich potrzebnych do aplikowania rzeczy.

Kiedy dowiedziałaś się, że pojedziesz na studia do Australii?

10 lutego 2015 roku. Po zgodzie mojej uczelni na wymianę musiałam jeszcze zaaplikować do Uniwersytetu w Melbourne. Dopiero z tzw. Certification of Enrollment mogłam zaaplikować o wizę. Żeby z kolei to zrobić, musiałam wykonać badania lekarskie, na które zresztą poleciałam specjalnie do Polski (cena w Edynburgu 320 funtów, cena w Warszawie – 240 złotych).

Jakie przywileje przysługują Ci jako obcokrajowcowi podczas pobytu w Australii?

Występuje tutaj taki dziwny fenomen: zagraniczni studenci mają dwa statusy. Jedni to studenci z tzw. Exchange, czyli w sytuacji, gdy student z Glasgow jedzie do Melbourne, a student z Melbourne na jego miejsce jedzie do Glasgow. To tak jak w moim przypadku. A druga grupa to studenci z trybu Study Abroad, co oznacza, że sami zaaplikowali do uczelni w Australii, mimo że ich uczelnia nie prowadzi programu wymiany międzynarodowej albo prowadzi, ale oni się nie zakwalifikowali.

fot. / / YAY Foto

Ponieważ „jestem Exchange”, mogę w Australii pracować do 40 godzin w skali dwóch tygodni, a także tyle, ile chcę w wakacje. Do tego mam prawo do zniżki na transport publiczny. Natomiast ludzie, którzy przyjeżdżają w ramach Study Abroad nie mogą pracować ani godziny, nie mają też żadnych zniżek na transport czy innych praw, jakie mam ja czy australijscy studenci.

Życie w Melbourne organizowałaś sobie jeszcze będąc w Glasgow. Gdzie miałaś zamieszkać? Zapisałaś się do akademika?

Nie, nie. To w ogóle ciekawe – w Polsce akademiki są tańsze od mieszkań. Natomiast wszędzie za granicą akademiki są znacznie droższe niż mieszkania, ponieważ są supernowoczesne, najczęściej mają też w budynku basen, monitoring, klimatyzację w budynkach, itd.

Za to, co płaciłam za akademik w Glasgow, w Warszawie wynajęłabym małe mieszkanie. Natomiast tutaj w Melbourne za akademik płaci się chyba 2000 dolarów za miesiąc. Praktycznie wszyscy ludzie, których znam, powynajmowali sobie pokoje w prywatnych mieszkaniach.

Jak znalazłaś swoje?

To kolejna zabawna historia. Załatwiłam sobie atrakcyjne, tanie mieszkanie, będąc w Glasgow. Znalazłam je chyba na flatmates.com.au, na zdjęciach wyglądało w miarę przyzwoicie. Miało być w nim łóżko i szafka, uznałam, że to mi wystarczy.

Na pierwsze dwa dni pobytu w Australii zarezerwowałam sobie hotel. Po 27 godzinach lotu przyjechałam do niego mocno zmęczona i zła. Proszę, napisz koniecznie, żeby nikt nie brał taksówki z lotniska w Melbourne do centrum. Nie, niech tego nie robią! Zapłaciłam za to 65 dolarów. Sześćdziesiąt pięć. (śmiech) Za 30 minut. Nigdy więcej. Przez trzy dni nic nie jadłam, bo miałam wyrzuty sumienia. No dobra, żartuję. Jadłam chleb. (śmiech) W końcu pojechałam do tego umówionego mieszkania, a tam - dramat. Materac na podłodze, jeden wieszaczek na ubrania, koniec. Brudno. Wszystko śmierdziało psem. W Australii jest teraz zima. Wchodzę do tego pokoju i czuję, że zimno. Na co dziewczyna mówi do mnie, że w tym pokoju nie ma ogrzewania, ale jeśli zostawię otwarte drzwi do pokoju, to trochę nagrzeje się z korytarza. Rozumiesz?

fot. Dalia Gala /

Wynajęłam więc miejsce w hostelu i rozpoczęłam poszukiwania na nowo. Przez internet umówiłam się na obejrzenie kilku mieszkań, większość była dramatyczna, bez względu na to, ile pieniędzy za nie chciano. Ostatecznie trafiłam do pokoju w mieszkaniu wietnamskiej rodziny. Cena była bardzo dobra, lokalizacja też – mam 5 minut do bliższego krańca kampusu, 10 minut do dalszego, pokój bardzo ładny. Pies właścicieli mnie nienawidzi, ale da się z tym żyć.

Dobrze jest mieć fajne mieszkanie, ale ja mam takie podejście, że lepiej wydać te pieniądze na podróż na przykład do Sydney czy Brisbane.

Skoro o pieniądzach - mówisz otwarcie o tym, że życie w Australii jest drogie.

Bardzo drogie. Podręczniki kosztują 130 dolarów, a muszę kupić cztery. Używane książki - 70 dolarów. To trochę efekt starań lokalnych władz, żeby żyć bardziej eko. Wiele rzeczy produkuje się więc w wydaniu eko, do recyklingu. Restauracje są tańsze niż w Glasgow. Obiad w chińskiej czy koreańskiej knajpie kosztuje 10-12 dolarów, we włoskiej - 13-25 dolarów. Tutaj ludzi stać na jedzenie na mieście – minimalna stawka godzinowa wynosi 17,30 dolara.

Siłownia to wydatek 80 dolarów za miesiąc. Zapisałam się na lekcje tańca – 80 dolarów za 12 lekcji.

Trafiłaś do Melbourne – miasta słynnego z tego, mocno dba o polepszanie jakości życia mieszkańców. Ja wiem to ze słyszenia – Ty widzisz to gołym okiem na ulicach?

Tak - widać to choćby po tzw. City Loop. Stanowią je cztery ulice, które zamykają się w kole. W tym obszarze tramwaje są za darmo. Można wskoczyć w tramwaj w dowolną stronę i dopóki zostanie się w tej strefie, jeździ się za darmo. Z tego, co wiem, to po to żeby ułatwić ludziom życie, a po drugie jest to też sposób na unikanie korków w centrum. W niektórych miejscach w centrum zresztą w ogóle nie można używać samochodów.

fot. / / yayfoto

Bilety na komunikację miejską nie są drogie, oczywiście jak na skalę australijskich zarobków. Jednorazowy bilet kosztuje bodaj 3,70 dolara. Ulice są czyste, wszędzie obowiązuje segregacja śmieci.

Instytucje publiczne, na przykład poczta, są bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Widać też duże poszanowanie dla ustanowionych praw – ludzie nie przechodzą na czerwonym świetle (o czym zresztą na początku nie miałam pojęcia, a w Wielkiej Brytanii jest inaczej – można przejść na czerwonym, jeśli nie stwarza się zagrożenia w ruchu drogowym).

Brzmisz jak osoba, która przede wszystkim łaknie teraz poznawania świata. Spotkałyśmy się jednak głównie za sprawą Twoich naukowych osiągnięć. Zrobiłaś sobie na razie przerwę od badań?

Oczywiście, że nie. Jak dobrze pójdzie, za 3,5 miesiąca będę na stażu w Brisbane, w Australian Institute for Bioengineering and Nanotechnology. Chcę mieć dobrą bazę w biologii komórkowej, a następnie zamierzam projektować wirusy i nanomateriały po to, żeby wykorzystywać je we współczesnej medycynie. To jest mój naukowy pomysł.

Dlaczego młodzi zdolni naukowcy wyjeżdżają?

"Nie chodzi o same możliwości, ale o skalę. Wiadomo, że gdybym chciała, mogłabym pracować w instytutach w Warszawie czy Krakowie, zajmują się one podobnymi zagadnieniami. Ale ja mam duże ambicje – i skala, na jaką prowadzi się takie badania w Polsce a skala tych samych badan w Wielkiej Brytanii, Stanach lub Australii jest nieporównywalna. Fundusze u nas a fundusze za granicą to dwie zupełnie inne bajki.

Ja marzę o robieniu nauki na wielką skalę, największą jak się da, chcę dojść najdalej jak moje możliwości, talent i inteligencja mi pozwolą. I choć to smutne – Polska nie jest przodującym krajem w badaniach naukowych na tle biologii. Dlatego marzę i dążę tam, gdzie teraz znajdują się pionierzy" - mówi w rozmowie z Bankier.pl przyszły bioinżynier Dalia Gala.

Mam już teraz dobrą bazę zarówno z biochemii, jak i z genetyki, ale robię studia po to, żeby jeszcze większą wiedzę o komórkach. Jeśli się uda, zamierzam zrobić doktorat w bioinżynierii medycznej. Szczególnie interesuje mnie nanotechnologia w zastosowaniach praktycznych, czyli hodowanie organów, kończyny bioniczne, nanohydraulika, produkowanie na przykład sztucznych stawów. To jest super, bardzo mi się to podoba. Na stażu w Brisbane miałabym okazję projektować wirusy, które będą dostarczać różne cząsteczki i materiały do konkretnych tkanek. Te wirusy to takie nanokapsułki, które mają właściwości biologiczne i dostarczają leki lub DNA do dowolnego miejsca w organizmie człowieka, żeby go wyleczyć.

Czy w kontekście dziedzin, którymi się zajmujesz, do dalszego rozwoju niezbędny jest wyjazd za granicę? Z czym, mimo najlepszych chęci, nie miałabyś okazji zetknąć się nad Wisłą?

Nie chodzi o same możliwości, ale o skalę. Wiadomo, że gdybym chciała, mogłabym pracować w instytutach w Warszawie czy Krakowie, zajmują się one podobnymi zagadnieniami. Ale ja mam duże ambicje – i skala, na jaką prowadzi się takie badania w Polsce a skala tych samych badan w Wielkiej Brytanii, Stanach lub Australii jest nieporównywalna. Fundusze u nas a fundusze za granicą to dwie zupełnie inne bajki. Ja marzę o robieniu nauki na wielką skalę, największą jak się da, chcę dojść najdalej jak moje możliwości, talent i inteligencja mi pozwolą. I choć to smutne – Polska nie jest przodującym krajem w badaniach naukowych na tle biologii. Dlatego marzę i dążę tam, gdzie teraz znajdują się pionierzy.

Czy Twoi znajomi mają podobne rozterki?

Niekoniecznie. Podczas gdy badania biologiczne nie są tak dobrze rozwinięte, znam sporo osób bardzo usatysfakcjonowanych ze swoich studiów – zarówno w zakresie fizyki, jak i nauk humanistycznych. Szczególnie jeśli chodzi o językoznawstwo i filozofię. Wydaje mi się, że oni po prostu znaleźli miejsce dla siebie tam, gdzie studiują, a to bardzo ważne. Każdy ma inne potrzeby – ja jestem niespokojnym duchem, który musi zobaczyć jak daleko uda mu się dotrzeć, jak szalone plany uda mu się zrealizować. Oni prowadzą swoje badania i studiują i mają z tego ogromną satysfakcję. Kto wie? Może to lepiej. Wielkie marzenia i plany mogą prowadzić do wielkich zawodów i niepowodzeń! Ale ja wierzę, że jeśli tylko się próbuje i szuka, znajdzie się to, czego się pragnie, nawet jeśli to nie było to, czego na początku oczekiwaliśmy.

Co z powrotem do Polski?

Prędzej wzywa mnie do Glasgow niż do Polski. Tym, którzy mnie pytają, czy wrócę po studiach do Polski mówię, że bez względu na to, gdzie bym się urodziła, wydaje mi się, że i tak wyjechałabym z tego miejsca. Nie dlatego, że byłoby mi tam źle, ale dlatego, że jest tyle pięknych miejsc wszędzie dookoła. Wydaje mi się, że ja po prostu mam duszę podróżnika i chyba spędzę całe życie w podróży. I to nawet nie za granicą, tylko przemieszczając się z miejsca na miejsce.

Wiem, że nie narzekasz na nadmiar funduszy. Co jeśli skończą się pieniądze?

No cóż, wtedy będę myśleć. Na razie staram się o to nie martwić. Aplikuję o stypendia – ale większość przeznaczona jest dla australijskich studentów. Boje się, że będę musiała pracować. Ale jeśli tak się stanie – cóż, postaram się jakoś sobie poradzić. Dobrze by było mieć dużo pieniędzy, ale kiedy ich nie ma, a są marzenia, trzeba starać się spełnić je mimo wszystko.

Rozmawiała Malwina Wrotniak-Chałada, Bankier.pl

*Dalia Gala relacjonuje swój pobyt w Australii na blogu MsDaliaAndHerBag.wordpress.com.

Materiał jest częścią projektu #TamMieszkam

Źródło:
Tematy

Komentarze (59)

dodaj komentarz
~Gabriela
Nie znam Dalii osobiście, lecz chodziłam do tego samego gimnazjum co ona, często widywałam ją na szkolnych korytarzach, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego jak jest zdolna. Drodzy czytelnicy, osiągnięcie tylu tytułów w tak młodym wieku to nie jest prosta sprawa. Ktoś kto możliwe, że nigdy nie słyszał o tych konkursach twierdzi,Nie znam Dalii osobiście, lecz chodziłam do tego samego gimnazjum co ona, często widywałam ją na szkolnych korytarzach, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego jak jest zdolna. Drodzy czytelnicy, osiągnięcie tylu tytułów w tak młodym wieku to nie jest prosta sprawa. Ktoś kto możliwe, że nigdy nie słyszał o tych konkursach twierdzi, że musi pracować więcej niż LAUREATKA konkursów międzynarodowych - to jest po prostu śmieszne. Dalia - od dzisiaj to ty dajesz mi siłę i chęć do nauki. Kibicuję ci z całego serca!
~Aplikant
Zastanawiam sie, gdzie by tu zaplikować, propozycje???
~JR
Najgorzej jest, jak ktos w swoim bezrozumnym zadufaniu pseudo naukowca bedzie sie bawic w Pana Boga? Jak mozna etycznie czy moralnie pozytywnie rozwazac sprawy eugeniki, by "produkowac czesci zamienne" dla ludzi. Czlowiek to nie robot czy nawet niewinny i mily zwierzak, azeby go hodowac na organy. Takie myslenie musi sie Najgorzej jest, jak ktos w swoim bezrozumnym zadufaniu pseudo naukowca bedzie sie bawic w Pana Boga? Jak mozna etycznie czy moralnie pozytywnie rozwazac sprawy eugeniki, by "produkowac czesci zamienne" dla ludzi. Czlowiek to nie robot czy nawet niewinny i mily zwierzak, azeby go hodowac na organy. Takie myslenie musi sie predzej czy pozniej zemscic na ich projektantach, ktorzy doprowadza wkrotce w swej wypaczonej ideoogii do konca swiata i wiekuistej karze dla nich od Stworcy! Dr J.R., filozof & bioetyk, psycholog, pedagog, teolog i prawnik w jednym. Pozdrawiam Madrych Internautow, bye-bye!
~Yena
takie rozwiązania doprowadzają do tworzenia biorobotów, które do złudzenia przypominające ludzi zbierają dane do przestępstw, a także służą w celach wojennych, czyli zabawa w Boga kończy się wsparciem dla celów militarnych i bycie za walką i wojną, ale w jej wieku też miałam takie ambicje i nie wiedziałam, że naukowcy służą złu!
~Kat
A skąd niby wiadomo, że będzie o niej głośno? Bo to ona jedyna na świecie zajmuje się nauką? To dlaczego nie jest głośno o tysiącach innych podobnych studentów?
Dziwny tytuł...
~Takmyśle
Wydaje mi się, że Ona jednak nie pochodzi z biednej rodziny.
Nie miałaby szans na takie wyjazdy.
No i Jej rysy twarzy raczej nie są "polskie". Szkoda, że nie napisano kim są Jej rodzice.
Już od dzieciństwa musieli w Nią dużo inwestować np. w naukę języków .
~Nalthe
O dziwo, faktycznie nie pochodzi z biednej rodziny i jest stuprocentową Polką. Udało jej się wyjechać dzięki stypendium, a następnie podjętej w Szkocji pracy.

A co do języków - wiadomo, że się uczyła, ale to w dużej mierze też zasługa dobrego gimnazjum i szkoły średniej, która obecnie znajduje się w pierwszej 10 szkół średnich w Polsce.
~foxi
Wyjątkowo dzielna i bystra dziewczyna ! Jednak naukowcem, to może będzie za 10 lat.
Życzę jej tego z samego serca ! Jedno co najważniejsze, do Polski niech przyjeżdża tylko na
odwiedziny ! Tu kliki cwaniaków i nibynaukowców wykończą ją !
Polska jest i na długo pozostanie krajem TANIEJ siły roboczej.
~zoa
Znam taką jedną, bardzo mądrą osobę, która marzyła o wielkiej nauce; zrobiła doktorat w Japonii i ...ze względów rodzinnych powróciła do Polski. No i okazało się, że ludzka zawiść i wynikające z tego problemy skutecznie wyleczyły ją z tych marzeń.
~g87y
brawo za odwagę i przedsiębiorczość ale to wszystko za mało by cokolwiek powiedzieć o jej szansach w wielkiej nauce w przyszłosci - same chęci nie wystarczą.......

Powiązane: Australia

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki