Czy możemy w dzisiejszych czasach mówić o globalnym przewartościowaniu?
W APEC (Wspólnota Gospodarcza Azji i Pacyfiku) generowane jest 53 proc. światowego PKB i 47 proc. światowego handlu. Co oznacza, że na Unię Europejską, Indie i resztę świata przypada 50 proc. To świadczy o tym, że więzy euroatlantyckie, amerykańsko-europejskie już nie są w żadnym wypadku centrum świata, przynajmniej jeżeli chodzi o związki gospodarcze.

Dalsze przewartościowania wiążą się ze przeobrażeniami roli Federacji Rosyjskiej. Uważam, że Rosjanie tak naprawdę się bronią. Oto przykład z ubiegłego roku: kiedy w Chinach przebywał z wizytą prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew i zaproponował Chińczykom podpisanie nowego kontraktu gazowego po cenach europejskich, w odpowiedzi usłyszał, że partnerzy rozmów mogą zapłacić jedynie 50 proc. ceny. Rosjanie pierwotnie uznali, że na takich warunkach nie opłaca się im budowa rurociągu. Liczyli, że zaszantażują Chiny w perspektywie rosnących potrzeb energetycznych.
Równolegle, w chińskiej prasie pojawiły się publikacje, że właśnie Chińczycy zakupili cztery amerykańskie spółki posiadające technologie poszukiwania gazu łupkowego, ponieważ w Państwie Środka są bardzo duże złoża tego surowca. Efekt był taki, że pół roku później (czyli niedawno) prezydent Miedwiediew przyjechał ponownie do Chin w celu negocjowania porozumienia gazowego i tym razem do podpisania kontraktu doszło, co oznacza, że Rosjanie musieli pójść na liczne ustępstwa.
Gdzie w takim razie znajduje się centrum świata? Kto dzisiaj w globalnym układzie rozdaje karty?
Osią dominującą jest układ transpacyficzny, czyli chińsko-amerykański. Pozostałe układy zaczynają mieć drugorzędne znaczenie. Pytanie na ile i jak długo Stany Zjednoczone będą w stanie utrzymać w tej konwencji swoją pozycję i w jaki sposób będzie reagowała na to Europa.
A czy nie jest trochę tak, że w dobie globalizacji pojawia się zjawisko upadku imperiów?
Jeśli chodzi o Stany Zjednoczone, to nie wysnuwałbym takich wniosków. Są tego dwie przyczyny. Pierwsza jest taka, że państwo to ma niezwykły atut geograficzny. Stany Zjednoczone posiadają wybrzeże wschodnie i zachodnie, atlantyckie i pacyficzne, czyli dostęp do dwóch autostrad handlu.
Oceany w dobie okrętów o wielkim tonażu, to są autostrady handlu, a nie – jakby się mogło wydawać – bariery handlowe. W związku z tym Stany Zjednoczone mają podobną odległość do Chin, jak do Europy. Natomiast Europa ma blisko do Ameryki, ale do Chin ma daleko. Z kolei Indie dzieli niewielki dystans z Chinami i mały z Europą, ale duży ze Stanami. Stany Zjednoczone to mocarstwo, które z racji tego, że posiada dwa wybrzeża będzie miało duży atut geopolityczny, geoekonomiczny, umożliwiający reagowanie na zmieniające się trendy i pozycjonowanie się w takie centrum świata handlu.
Po drugie, wprawdzie widzimy tam różne przemiany cywilizacyjne; kwestie imigracji z Meksyku itd., które wydają się pogarszać sytuację ekonomiczną, to jednak nie jest tak, jak niektórzy wieszczą, że Stany Zjednoczone są na jednoznacznie spadkowej tendencji. Ja bym jednak takiej tezy jeszcze nie stawiał.
Czyli Stany Zjednoczone będą dalej liderem?
Być może wytworzy się nowy, dwubiegunowy układ – na przykład amerykańsko-chiński. Nie przesądzałbym upadku Stanów Zjednoczonych w najbliższej przyszłości. Układ gospodarczy składający się ze Stanów Zjednoczonych, Meksyku, USA i Kanady, ale także z innych państw, np. Chile, Singapuru (NAFTA plus) – to jest obszar, który posiada potencjał gospodarczy większy niż w Unii Europejskiej.
To wszystko świadczy o tym, że pogłoski o śmierci Stanów Zjednoczonych są przedwczesne. Aczkolwiek jest to kraj, który będzie miał teraz trudny okres, przede wszystkim z racji polityki psucia pieniądza realizowanej przez wiele lat.
A Japonia?
To jest ciekawy przykład. Japonia od dwudziestu lat się nie rozwija.
Kiedyś była ikoną gospodarczego wzrostu, przykładem innowacyjności?
Oni mieli swój wzorzec polityki gospodarczej. Tam istniało ministerstwo przemysłu i innowacji technologicznych. Gospodarka z elementami wolnego rynku, ale jednak mocno protekcjonistyczna. Teraz mają olbrzymie zadłużenie. Nastąpiła stabilizacja wzrostu gospodarczego na niskim poziomie.
Jest to naród bardzo rzetelny, bardzo pracowity, bardzo zdyscyplinowany i sądzę, że będzie w stanie sobie poradzić. Jednak problem stanowi demografia. Nie da utrzymać się ani systemu emerytalnego, ani żadnej gospodarki na ścieżce wzrostowej bez zapewnienia co najmniej zastępowalności pokoleń, jeśli w ogóle nie ma wzrostu populacji.
Mówi się, że rok 2008 był ostatnim rokiem dobrobytu, konsumpcji, że już drugiego takiego okresu nie będzie.
Rzeczywiście może na jakiś czas wejdziemy w tendencję spadkową i wystąpi stagflacja, podobnie jak w latach 70. Teraz jest wiele alarmistycznych prognoz na temat niespodziewanej wysokości inflacji. Ile można było żyć na deficycie budżetowym? Prawdopodobnie dotyczyło to miażdżącej większości gospodarek świata, a przynajmniej tych mainstreamowych.
Drukowano pieniądze w nieskończoność i nie pokrywano ich wzrostem wydajności produkcji. Chociaż jeżeli chodzi o wydajność produkcji, to też był raczej spadek, bo przecież skracało się tygodnie pracy, a przywileje emerytalne rosły. Wydajność innowacyjna często nie nadążała za tym wszystkim. Mnie inflacja nie dziwi. Dziwiłem się wręcz, że tak późno nastąpiła.
Czy światowy kryzys dotknął Polskę?
Tak. Zrobiono wiele, aby to ukryć przed społeczeństwem, ale mimo wszystko dotknął i to się wyraża najbardziej dynamiką wzrostu długu. Nagle okazuje się, że być może cena stania się zieloną wyspą została przerzucona na nasze dzieci i wnuki. Przyrost długu w ostatnich latach jest lawinowy.
Cały szereg decyzji powodował, że tego długu nie było widać. Pewne rzeczy można było inaczej zaksięgować, ale jeżeli ZUS czy Krajowy Fundusz Drogowy muszą się zadłużać komercyjnie, to znaczy, że państwo się wycofuje i zrzuca swoją odpowiedzialność z pewnych dziedzin życia.
Czy polityka obecnego rządu to jest polityką realna czy wirtualną?
Wirtualna. To nie jest polityka, która odpowiada na problemy stojące przed Polską. Zwłaszcza w kontekście kryzysu zadłużenia i demograficznego. To najważniejsze zagrożenia, jakie w ogóle są poruszane. Zresztą poprzednie rządy też się specjalnie tymi wymiernymi, poważnymi zagrożeniami nie zajmowały.
Zobacz też:
» Długi Obamy pogrążą dolara
» Kryzys w Japonii przyniesie tylko straty
» Przyszła pora zapłaty za polski cud gospodarczy
» Długi Obamy pogrążą dolara
» Kryzys w Japonii przyniesie tylko straty
» Przyszła pora zapłaty za polski cud gospodarczy






























































