Nie wiemy, czy USA w razie czego przyszłyby Polsce z pomocą - mówi PAP Eugeniusz Smolar, analityk Centrum Stosunków Międzynarodowych. Według niego większą gwarancją bezpieczeństwa jest znana przeciwnikowi możliwość zadania takich ciosów, by ten uznał, że atak jest nieopłacalny. Dlatego dobrze, że Polska się zbroi.


PAP: W niedzielę rosyjskie drony odrzutowe uderzyły w cele tuż przy granicy z Polską. Na przejściu kolejowym w Jagodnie uszkodzona została m.in. lokomotywa pociągu jadącego z Kijowa do Warszawy. Premier Donald Tusk ostrzegł, że nie można wykluczyć dalszej eskalacji na naszym terytorium. Podziela pan te obawy?
Eugeniusz Smolar, analityk Centrum Stosunków Międzynarodowych, były dyrektor Sekcji Polskiej BBC: Nie można wykluczyć takiego scenariusza, ale klucz do zrozumienia eskalacji nie znajduje się na Zachodzie czy w Polsce, lecz w głowie Putina. Jedno jest pewne, kraje NATO, a zwłaszcza USA, nie przystąpią do wojny z Rosją w obronie Ukrainy. Będą jednak dalej pomagały Kijowowi dla wzmocnienia własnego bezpieczeństwa, również ze względów pryncypialnych, zwłaszcza państwa europejskie, które uznają za niedopuszczalne zmiany granic przy użyciu siły.
Na Zachodzie rozpoznajemy dobrze intencje Putina, chodzi mu nie tylko o opanowanie Ukrainy w sensie politycznym, gospodarczym czy ludnościowym, ale również o rozbicie jedności NATO, zamrożenie możliwości działania Sojuszu i wycofanie się Stanów Zjednoczonych z Europy. Co ciekawe, te same cele przyświecały Związkowi Sowieckiemu w czasach zimnej wojny.
PAP: Czy to, o czym pan mówi, nie dzieje się właśnie na naszych oczach?

E.S.: Tendencje do rozbijania Sojuszu Północnoatlantyckiego czy Unii Europejskiej są ewidentne. W Polsce niepokoją też nas potencjalne zmiany polityczne w Niemczech (chodzi o zwycięstwo AfD w Saksonii-Anhalt, które może zwiększyć wpływ radykałów na politykę w skali federalnej – PAP) czy Francji po ewentualnym zwycięstwie Le Pen. Zwłaszcza jeśli w wyniku wyborów w tych krajach doszłyby do głosu siły albo przychylne celom Rosji, albo chcące uniknąć z nią starcia zbrojnego z pobudek pacyfistycznych.
PAP: W swej najnowszej książce „Chaos bezsojuszu: Polska i Europa wobec rumowiska starego świata” przedstawia pan dość ponurą diagnozę przyszłości. Już sam tytuł nie pozostawia złudzeń. Jest aż tak źle?
E.S.: Nie, bo NATO wciąż istnieje, ale problem polega na tym, że debatując bezpieczeństwie, nie bierzemy pod uwagę faktu, że NATO jest sojuszem polityczno-wojskowym. Nawet więc ów osławiony artykuł 5, rozumiany jako „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”, ma charakter względny, w tym sensie, że to rządy i parlamenty określą zakres pomocy dla kraju, który zostałby zaatakowany przez jakiegokolwiek przeciwnika. Pomoc udzielona przez sojuszników zaatakowanemu może mieć formę zdecydowaną, wojskową, ale równie dobrze może być pomocą gospodarczą, finansową albo mieć charakter deklaratywny, czego niestety się obawiamy.
Dlatego z punktu widzenia Polski i całego naszego regionu ważne jest nie tylko dalsze wzmacnianie wewnętrznej spoistości Sojuszu, ale także zawieranie różnego rodzaju dwustronnych traktatów obronnych, choć one też nie dają całkowitej gwarancji. Większą gwarancją bezpieczeństwa jest znana przeciwnikowi możliwość zadania agresorowi takich ciosów, żeby ten uznał, iż atak jest nieopłacalny. Dlatego właśnie Polska tak intensywnie się zbroi. Niestety, żeby dojść do takiego etapu, Europa i Polska potrzebuje jeszcze około dwóch lat.
PAP: Za dwa lata będziemy w stanie stawić militarnie czoła Rosji?
E.S.: Osiągniemy wtedy taki poziom bezpieczeństwa, iż Moskwa zda sobie sprawę z tego, że jakikolwiek atak na nas skończyłby się jej porażką. Konfrontacja wówczas, co nie jest zbytnio brane pod uwagę w Polsce, groziłaby konfliktem nuklearnym.
PAP: Były prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew nie raz już groził Polsce, że Rosja może sięgnąć po broń atomową. Jest się czego bać?
E.S.: Miedwiediew nie ma dziś większych wpływów na Kremlu, ale pełni rolę czegoś, co po angielsku nazywa się echo chamber (kabina pogłosowa – PAP). Jest po prostu echem debat, które toczą się wewnątrz rosyjskich elit w Moskwie. Do jego słów należy przykładać wagę, z tym z zastrzeżeniem, że nie reprezentuje kręgu decyzyjnego.
PAP: Czy w razie rozlania się rosyjskiej eskalacji na nasze terytorium Polska może liczyć na militarne wsparcie ze strony USA?
E.S.: W swej książce zwracam uwagę, że ekipa Donalda Trumpa przeformułowała priorytety strategicznie USA. Najważniejszym z nich jest dziś globalna konkurencja – gospodarcza i polityczna – z Chinami. Właśnie tejże konkurencji podporządkowane są wszystkie inne polityki USA.
Waszyngton pragnie doprowadzić – na nowych warunkach – do pokojowej koegzystencji z Chinami i Rosją, by móc stworzyć podstawy pod własny przyszły rozwój gospodarczy i technologiczny. To z kolei pozwoliłoby Stanom Zjednoczonym utrzymać dominującą pozycję na świecie. Ponieważ prezydent Donald Trump zredefiniował globalną rolę USA, Polska i Europa muszą wpisać swą politykę bezpieczeństwa w te nowe, amerykańskie ramy.
Wracając do pytania, nie wiemy, czy Stany Zjednoczone w razie czego przyszłyby Polsce z pomocą. Prezydent Charles de Gaulle powiedział kiedyś, że nie ma wątpliwości, co wybierze Ameryka w przypadku potencjalnego konfliktu nuklearnego z ZSRR; że będzie to Waszyngton, a nie Paryż. Możemy przełożyć tę zasadę na nasze polskie warunki. Odstraszanie polega na tym, że tak przeciwnicy, jak sojusznicy wiedzą, iż w razie ataku nastąpi natychmiastowa i zdecydowana reakcja wojskowa. Problem w tym, że to są założenia, które nie zostały nigdy sprawdzone w praktyce. Polityka odstraszana połączona z gotowością do rokowań towarzyszyła i cechowała strategię USA i NATO przez całą zimną wojnę. Była skuteczna, bo doprowadziła do załamania się i rozpadu ZSRR oraz upadku komunizmu w Europie.
Przejście USA do etapu selektywnego zaangażowania - ograniczania obecności wojskowej w Europie i traktowanie dotychczasowych sojuszy w sposób transakcyjny - postawiło nas przed egzystencjalnym wyborem: albo Europa obroni się sama, albo będzie miała wielki problem. Dlatego kontynent zbroi się, ale potrzebuje minimum dwa lata, by móc samodzielnie odstraszyć rosyjskiego agresora. Z wyjątkiem jednego ważnego aspektu – odstraszania nuklearnego.
PAP: Parasol atomowy USA jest nie do zastąpienia?
E.S.: Poświęcam temu wiele miejsca w „Bezsojuszu…”. Polscy publicyści, także poważni, mają skłonność do pomijania czy wręcz bagatelizowania zagrożenia wybuchem wojny nuklearnej, a taki scenariusz jest realny. W książce wspominam, że zdaniem wywiadu amerykańskiego jesienią 2022 roku, po klęskach, jakie Ukraińcy zadali wówczas armii rosyjskiej, Putin był gotów użyć na terenie Ukrainy taktycznej broni nuklearnej. Powstrzymały go przed tym bardzo zdecydowany sprzeciw i interwencja dyplomatyczna nie tylko Amerykanów i Europejczyków, ale również Chin. Pekin uznał to za coś absolutnie niedopuszczalnego.
Wtedy wszystko skończyło się szczęśliwie. Nie wiemy jednak, w jakim stanie mentalnym będzie Putin, jeśli dojdzie do wniosku, że Rosja przegrywa wojnę. Nie wiemy, czy nie będzie wtedy próbował użyć takiej broni. I nie dowiemy się tego - niestety - dopóki nie stanie się to faktem. Jestem przekonany, że niedawna wizyta szefa CIA w Moskowie miała na celu omówienie potencjalnych zagrożeń, z wojną nuklearną włącznie. Przypuszczam, że John Ratcliffe powiedział Rosjanom, jaka może być ewentualna reakcja USA. Problem w tym, że nie wiadomo, co tak naprawdę zrobią Amerykanie w godzinie „W”. Rosjanie z pewnością liczą, że Trump się cofnie i nie zaryzykuje wojny totalnej.
PAP: Pod koniec sierpnia prezydent Finlandii Alexander Stubb powiedział w jednym z wywiadów, że Rosja nie użyje broni jądrowej. Zapewnił go o tym szef chińskiej dyplomacji. Chińczycy trzymają Putina za gardło?
E.S.: Nie wiemy, czy głos Pekinu będzie w tym względzie decydujący, ale poziom uzależnienia się Rosji od Chin jest tak duży, że Putin będzie musiał wziąć pod uwagę opinię władz chińskich. Także, dlatego, by utrzymać antyzachodni sojusz z Chinami. Uważam jednak, że równie ważne co stanowisko Chin, będzie postępowanie rosyjskiego establishmentu w obliczu zagrożenia użycia przez Rosję broni atomowej. Gdyby się okazało, że poczynania Putina zagrażają stabilności reżimu i układu polityczno-majątkowego, nie mam wątpliwości, że w ciągu 24 godzin zniknie on ze sceny. W innym ze scenariuszy, jeśli zdecydowałby się sięgnąć po broń atomową, elity bezpieczeństwa go nie posłuchają.
W Federacji Rosyjskiej istnieje kilkupoziomowy system dowodzenia bronią nuklearną. Za użycie broni odpowiada minister obrony oraz szef Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych, a generałowie wobec braku ataku ze strony Zachodu mogą nie wykonać rozkazu prezydenta. Co więcej, poszczególni członkowie Rady Bezpieczeństwa Rosji przy Kremlu wyrażali w przeszłości wątpliwości co do sensowności wojny z Ukrainą i sposobu jej prowadzenia. Nie należy więc rozważać, czy Rosja nas zaatakuje, a już tym bardziej, czy rozpęta wojnę atomową, ale czynić wszystko, by temu zapobiec.
Analizując politykę amerykańską wobec Rosji, z pewnym zaskoczeniem doszedłem do wniosku, że niezależnie od publicznej retoryki i przyjaznych gestów czynionych wobec Putina, też od traktowania tego kraju przez obecną administrację USA - jako niebezpiecznego, nuklearnego mocarstwa regionalnego - realia prowadzonej polityki są zupełnie inne. Porównując taktykę negocjacyjną Trumpa z rzeczywistymi działaniami Amerykanów, doszedłem do wniosku, że Waszyngton maskuje rzeczywisty cel polityki wobec Rosji Putina, a jest nim osłabienie gospodarcze i wojskowe w wojnie z Ukrainą oraz neutralizację jej (Rosji) potencjału militarnego, by nie mogła przyjść z pomocą Chinom przez otworzenie drugiego frontu w Europie w razie konfliktu amerykańsko-chińskiego.
W przekonaniu Amerykanów potencjał Rosji ograniczają w dużym stopniu jej słabość gospodarcza i technologiczna, klęska rozwojowa, zapaść demograficzna, itd. Jeśli więc chodzi o politykę amerykańską wobec Rosji, mamy do czynienia ze swoistym „teatrem cieni”. Z jednej strony są miłe słowa, wizyty Witkoffa i Kushnera w Moskwie, szczyt na Alasce, a z drugiej strony Waszyngton bardzo mocno uderza w interesy Moskwy i Pekinu, podejmując działania w najbliższym otoczeniu Rosji. Gdy przyjrzymy się uważniej sytuacji w Azji Środkowej czy na Kaukazie, widzimy, że USA uderzają we wpływy Rosji tam, gdzie ją to boli. Powinniśmy brać to pod uwagę.
Tak istotne dla naszego bezpieczeństwa wsparcie Ukrainy jest dla Trumpa sprawą drugorzędną. Sprawą numer jeden jest dla prezydenta USA osłabienie i neutralizacja Rosji, do czego przyczynia się heroiczna Ukraina, płacąc za to najwyższą cenę. Dlatego szalenie istotne jest, że Europa, z bardzo niewielkimi wyjątkami, jest zjednoczona w kwestii pomocy dla Ukrainy i skutecznie przeciwstawia się ewentualnemu porozumieniu Waszyngtonu z Moskwą kosztem Kijowa.
PAP: Jest lepiej niż się nam wydaje?
E.S.: Mamy do czynienia z pewnego rodzaju stabilizacją w relacjach USA z Chinami, co - poprzez wpływ tego na Moskwę - daje nadzieję, że wszystkie strony urealnią swoje oczekiwania i dojdzie co najmniej do zamrożenia konfliktu w Ukrainie. Dla Polski najważniejsze jest to, by mieć na uwadze to, iż po ewentualnej zmianie władzy w Waszyngtonie - na co wielu w Europie liczy - poprawi się atmosfera, zwiększy rola klasycznej dyplomacji, ale nie zmieni się sedno polityki USA i jej cele. Stosunki międzynarodowe Stanów Zjednoczonych, w tym relacje z państwami sojuszniczymi, będą dalej podporządkowane strategii wobec Chin.
Rozmawiał Jacek Pawlicki/ PAP
jap/ ugw/



























































