PGE GIEK dokonał, według stanu na 30 września, odpisu w wysokości 15,5 mln zł w związku z katastrofą w Kopalni Węgla Brunatnego Turów - poinformował w Sejmie wiceminister energii Grzegorz Tobiszowski. To dla PGE jednak dopiero początek liczenia kosztów katastrofy.


W nocy z 26 na 27 września w kopalni Turów doszło do osuwiska. PGE podała, że sytuacja w tym rejonie pozostaje stabilna. - Według stanu na 30 września PGE GIEK dokonał odpisu w wysokości 15,5 mln zł. Całkowita kwota nie jest jeszcze możliwa do oszacowania - powiedział minister.
Warto jednak zwrócić szczególną uwagę na trzy zagadnienia. Po pierwsze informację o odpisach przekazuje minister, a nie sama spółka, bądź grupa kapitałowa. Choć kwota póki co jest relatywnie mała, temat ten krąży nad PGE od kilku tygodni i inwestorzy z pewnością chcieliby usłyszeć od spółki jakie przełożenie na jej wyniki miało wydarzenie.

Po drugie, co zaznacza również sam minister, to może nie być koniec odpisów. O skali zdarzenia niech świadczy fakt, że proces usuwania zwałowiska spółka rozpoczęła dopiero 7 października. Zdarzenie zmusiło ją również do zawieszenia sprzedaży węgla oraz ograniczenia pracy pobliskiej elektrowni.
Turów wciąż na pół gwizdka
I to właśnie sytuacja elektrowni Turów jest trzecim zagadnieniem, które powinni mieć na uwadze akcjonariusze. Wprawdzie władze spółki przekonywały, że dostawy do Turowa są niezagrożone, elektrownia zaczęła jednak pracę z ograniczoną mocą. PGE starało się nie schodzić poniżej 500 MW, moc zainstalowana Turowa to tymczasem 1500 MW. Sytuacja ta - mniejsza produkcja - z pewnością znajdzie przełożenie na przychody, a także zyski spółki. Ten element w odpisach ujęty nie zostanie, jednak akcjonariusze odczują go równie mocno, jak bezpośrednie skutki osuwiska.
Szczególnie, że sytuacja cały czas nie powróciła do normy. W poniedziałek PGE poinformowała, że według jej przewidywań Kopalnia Węgla Brunatnego Turów do pełnej zdolności wydobywczej powróci dopiero w listopadzie. To pozwoli na osiągnięcie pełnej mocy wytwórczej Elektrowni Turów i powrót do trybu pracy sprzed wystąpienia osuwiska w kopalni. Łącznie więc elektrownia na pół gwizdka będzie pracowała przez co najmniej miesiąc.
Pod presją także PSE
Dodatkowo problemy Turowa odbijają się na całej polskiej energetyce. Jak zwraca uwagę Justyna Piszczatowska z WysokieNapięcie.pl, energetyka działa na zasadzie naczyń połączonych, dlatego każdy ubytek mocy, również ten w Turowie, ma swój wpływ na sytuację całego systemu. Każda nieplanowana awaria zmniejsza rezerwę bezpieczeństwa, która jest potrzebna operatorowi (Polskim Sieciom Energetycznym) do tego, by bezpiecznie bilansować rynek.
- Tegoroczna jesień jest specyficznym okresem, w elektrowniach jest dość dużo planowych remontów, a zapotrzebowanie na moc w szczycie jest wysokie. I kiedy nałoży się kilka niesprzyjających okoliczności, np. awaria w Turowie, brak wiatru napędzającego wiatraki i coś dodatkowego na sieci, to PSE muszą korzystać ze środków rezerwowych - zauważa ekspertka.
Odstępstwo od normy obserwowano na rynku m.in. w poniedziałek 10 października. Właśnie omawiany przez Piszczatowską splot zdarzeń (w tym awaria w Turowie) sprawił, że notowania cen energii na TGE z dostawą na poniedziałkowy wieczór skoczyły do 846 zł/MWh. To cena nawet pięć razy wyższa niż w ciągu poprzedzającego skok tygodnia.




























































