Europejskie indeksy PMI, które są traktowane jako jeden z najlepszych mierników bieżącej aktywności gospodarczej (bo pojawiają się dużo wcześniej niż PKB i są z nim wysoko skorelowane), znacząco spadły w październiku, pogłębiając spadki notowane w poprzednich miesiącach.


Nie wygląda to dobrze, bo skala spadków wskazuje, że to może być coś więcej niż korekta po doskonałym roku 2017. Ale jest też łyżka miodu w szklance dziegciu.
Indeks PMI dla przetwórstwa w strefie euro spadł do 51,2 pkt, czyli najniższego poziomu od… grudnia 2014 r. Pewien ekonomista napisał na Twitterze, że to jest katastrofa. Emocje sięgają więc zenitu, choć chyba nie do końca jest to uzasadnione. Wciąż wygląda to bardziej na mocne wahnięcie w długim cyklu ożywienia gospodarki niż rozpoczęcie procesów recesyjnych. Coś, co rozczarowuje, to że strefie euro nie udało się utrzymać bardzo dobrych wyników z zeszłego roku, kiedy wydawało się, że strefa zrzuca z siebie pokryzysowy kurz. Wracamy niestety do tradycyjnej europejskiej mizerii, czyli wzrostu gospodarczego w granicach 1,5 proc. i notorycznych problemów społecznych i politycznych (vide Włochy).
Natomiast jest w tych danych element, który wygląda jak światło w tunelu. Jest to subindeks zatrudnienia w ramach indeksu PMI. On jest bardzo stabilny (licząc przemysł i usługi), a we Francji nawet wyraźnie wzrósł w październiku. Jeżeli firmy deklarują, że zamówienia im spadają, ale jednocześnie są gotowe zatrudniać ludzi, to znaczy, że traktują obecne spowolnienie jako zjawisko płytkie i przejściowe. I to potwierdzałoby moją interpretację bieżących trendów w gospodarce europejskiej.
Chcesz codziennie takie informacje na swoją skrzynkę? Zapisz się na newsletter SpotData.





























































