REKLAMA
WAKACJE NA GIEŁDZIE

Miliony kandydatów: Skąd politycy biorą pieniądze na kampanię wyborczą?

2005-08-24 06:10
publikacja
2005-08-24 06:10
Dodaj Bankier.pl w Google
Limit wydatków na wybory prezydenckie wynosi, zgodnie z wytycznymi Państwowej Komisji Wyborczej, 12 mln zł, a na parlamentarne 29 mln zł.
- Sfinansowanie kampanii za takie pieniądze jest nierealne — mówi GF specjalista ds. marketingu politycznego. - Sztaby wydają 5-krotnie więcej.

— Przy obecnej konkurencji na profesjonalnie przeprowadzoną kampanię prezydencką należałoby wydać co najmniej 120 mln zł. Jeśli Aleksander Kwaśniewski zgłosił, że wydał w poprzednich wyborach 12 mln zł, to znaczy, że część kosztów została ukryta — mówi Wojciech Szalkiewicz, konsultant i wykładowca marketingu politycznego. — Ostatnia kampania Busha kosztowała 140 mln dolarów, ale w USA obowiązuje zasada: „Ile zbierzesz, tyle możesz wydać”.

W każdym z 7 sztabów największych ugrupowań parlamentarnych lwią część budżetu wyborczego pochłania produkcja i emisja reklam w TV. Szalkiewicz szacuje, że na promocję jednego spotu w tym medium trzeba przeznaczyć ok. 600 tys. zł. Przykładowo, PiS na całą kampanię telewizyjną wyda 9 mln zł. Na drugim miejscu plasują się koszty akcji billboardowej. W jednym dużym mieście na poligrafię (ulotki, plakaty, kalendarze) wydaje się ok. 10 tys. zł. Kolejną pozycję w budżecie wyborczym zajmują spotkania, konwencje i wiece. Za wynajęcie sali kongresowej, w której swoich kandydatów ponad dwa miesiące temu prezentował PiS, LPR oraz Samoobrona, partie musiały zapłacić ok. 60 tys. zł. Większość pytanych przez GF osób stojących na czele komitetów wyborczych twierdzi, że nie zatrudnia profesjonalistów od marketingu politycznego.

— Prowadziliśmy rozmowy ze specjalistami, ale uznaliśmy, że byłyby to niepotrzebnie wydane pieniądze — mówi Stanisław Kostrzewski z PiS.

W praktyce eksperci od marketingu politycznego czy public relations są obecni w każdym sztabie wyborczym, choć zasady etyki zawodowej powstrzymują fachowców od ujawniania, dla kogo pracują.

— Czas amatorów się skończył. Religa i Tymiński będą musieli wydać niemałe pieniądze na kreację własnych kampanii — twierdzi Szalkiewicz, autor książki „Kandydat, czyli jak wygrać wybory”. I opowiada o patologii polskiego rynku — biznesmeni nie dość, że finansują kandydatów na prezydentów, to jeszcze opłacają „na wszelki wypadek” wszystkie komitety wyborcze.

W 2002 r. partie polityczne, które uzyskały więcej niż 3 proc. głosów w wyborach parlamentarnych, otrzymały łącznie z budżetu państwa blisko 43 mln zł. Przez całą kadencję ugrupowania polityczne pobierają subwencje z pieniędzy publicznych: w ub.r. 55,9 mln zł. Przez 4 lata można było zebrać całkiem pokaźną sumę na sfinansowanie zbliżających się wyborów. Choć limit wydatków na kampanie wyborcze jest określony ustawowo, przekraczanie budżetów wyborczych jest tajemnicą poliszynela. Zasady finansowania kampanii prezydenckich reguluje ustawa o wyborze Prezydenta RP, powszechnie uważana za archaiczną. Ustawa nie zakazuje przyjmowania pieniędzy od firm oraz uchylenia się od odpowiedzialności majątkowej osób reprezentujących komitet wyborczy w przypadku wystąpienia finansowych uchybień. Nie ma w niej przepisu, na podstawie którego można by pociągnąć do odpowiedzialności komitet wyborczy kandydata.

— To wyraźna luka prawna. Po rozwiązaniu komitetu i utracie osobowości prawnej nie ma osoby, która odpowiadałaby za prawidłowość sprawozdania finansowego — mówi Mirosława Ekiert, dyrektor zespołu kontroli finansowania partii politycznych i kampanii wyborczych PKW.

Wszystkie zgłoszone przez PKW do prokuratury zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa tego typu z ubiegłych wyborów zostały umorzone ze względu na „niską szkodliwość społeczną czynu”.

Kandydaci na posła, senatora lub prezydenta nie zawsze liczą jako koszt kampanii korzystanie z finansów instytucji państwowych, w których pełnią funkcje publiczne. Fundacja Batorego, która wraz z Instytutem Spraw Publicznych prowadzi program monitoringu najbliższych wyborów prezydenckich, wskazuje na niechlubne przykłady z przeszłości: umieszczanie sztabów w kancelarii prezydenta, urzędach miasta, wojewódzkich, klubach parlamentarnych, zatrudnianie służb miejskich do prac porządkowych, prowadzenie korespondencji z pieniędzy instytucji publicznej.

Adam Sawicki z Programu Przeciw Korupcji, koordynator projektu monitoringu finansowania kampanii prezydenckiej wskazuje jeszcze jedno pole nadużyć — bliskość terminów wyborów do parlamentu i na prezydenta.

— Partie polityczne mogą swobodnie przesuwać lub klasyfikować pewne środki wydatkowane np. na spotkania wyborcze, nie oddzielając konwencji partii od konwencji kandydata na prezydenta. W jaki sposób zostanie rozliczona promocja książki jednego z kandydatów na prezydenta? Czy zostanie wliczona w koszty kampanii?

PiS zebrał w ciągu całej kadencji parlamentarnej 50-60 mln zł.
— Nie bierzemy pieniędzy od biznesu, nikt nas nie sponsoruje — mówi Adam Lipiński, szef sztabu wyborczego PiS i Lecha Kaczyńskiego.

Marcin Rosół, pełnomocnik finansowy komitetu wyborczego PO, twierdzi, że rynek medialny, reklamowy, obsługujący organizacje polityczne został zepsuty pośrednio poprzez pieniądze, które partie dostają od państwa.

— SLD i PiS płacą relatywnie więcej za billboard niż np. Carlsberg — mówi Marcin Rosół.

— Mieliśmy przypadek potwierdzający zawyżanie cen dla partii politycznych. Za wynajęcie sali na spotkanie wyborcze zażyczono sobie 100 tys. zł. Dopiero po wyjaśnieniu, że PO nie korzysta z subwencji z budżetu państwa negocjacje stały się łatwiejsze. Ludzie muszą wiedzieć, że idąc na konwencje zapłacili za bilet, kupując opodatkowane bułki.

— Kampania wyborcza jest 2-, 3-krotnie tańsza od profesjonalnej kampanii produktu na podobnym obszarze — mówi Sebastian Chachołek.

— Promowanie polityka jest jednak trudniejsze. Margaryna nie zeskoczy z półki i nie nagada głupot — wyjaśnia Wojciech Szalkiewicz.

Marta Chmielewska
Gazeta Finansowa
Źródło:
Tematy

Komentarze (0)

dodaj komentarz

Powiązane:

Polecane

Najnowsze

Popularne

Ważne linki