

Kto by chciał takiego pracownika?
No sam pomyśl. Nie robisz tego, co powinieneś (nawet możesz nie wiedzieć, jak bardzo dajesz dupy!), tracisz kasę firmową, wiecznie narzekasz pod nosem. Uważasz, że wszystko powinno być robione inaczej, że pracy powinno być mniej i powinni Ci płacić więcej. Hola, powiesz. Michał, ja taki NIE jestem!
Jeśli jednak Ty nie masz takiego schematu myślenia, to szczerze powiedz, ile osób dookoła Ciebie tak ma. Jeśli jesteś jedyną osobą w swoim biznesie, która tak nie myśli, to jakie masz szanse, żeby samemu pchać ten syzyfowy głaz przed siebie? Żadne, i dlatego jesteś w dupie. Jeśli będziesz jedynym ogarniętym na całą bandę tępych nieuków, możesz zostać ich szefem, jasne. Lecz prędzej spadniesz do ich poziomu, ponieważ będzie Ci trudno utrzymać swój. Będzie to za trudne bez wsparcia i zrozumienia.
Dobrze, pierwsze ziarenka irytacji lub zrozumienia zasiane w głowie. Pozwólmy im powoli kiełkować, tymczasem skupimy się na średnim czasie życia pracownika lub też średnim czasie Twojej kariery, gdy pracujesz dla kogoś. Uwielbiam czytać w sieci o tym, co sam stosuję od lat, a już najpiękniejsze jest to, gdy ktoś idzie ze swoimi wnioskami dalej. Właśnie o tym będę pisał w kolejnym filarze. Oczekuję i pragnę takiego świata, w którym nie tylko rozwijamy nasze indywidualne talenty, ale i dzielimy się nimi ze wszystkimi dookoła. Oni to cenią, oddają nam za to część swojego czasu, pieniędzy i nas szanują, a dodatkowo sami również to robią. Dzięki temu zaczynam tworzyć społeczeństwo nastawione na rozwój i ułatwianie sobie nawzajem. Zamiast bandy zombie, które patrzą, jak by tu sobie nawzajem wygryźć mózg.

Rewelacyjnie tę ideę uchwyciła na swoim wykresie Maia Josebachvili z firmy Greenhouse. Pojawił się on w artykule, do którego link Ci podaję poniżej w przypisach, a który traktuje o ROI, czyli zwrocie z inwestycji w ludzi. Chodzi o ELTV, czyli employee lifetime value (życiową wartość pracownika). Na początku, gdy pojawia się pracownik, jego wyniki są negatywne. Inwestycja, jaką musi przeprowadzić szef (biznes), jest dużo większa niż efekty, jakie płyną z pracy nowej osoby. Minie wiele miesięcy, zanim ta osoba będzie odpowiednio produktywna, czyli będzie spełniała nasze oczekiwania.
Według mnie w naszych, krajowych warunkach mogą minąć nawet trzy miesiące testów, po których widać, czy warto w kogoś dalej inwestować, czy lepiej zakończyć, bo to stracone pieniądze i czas. Dalej może minąć nawet sześć – dziewięć miesięcy, zanim ten ktoś dojdzie do pewnej produktywności, a później mijają całe lata, zanim zacznie dla Ciebie cokolwiek sensownego zarabiać. Wierz mi, przećwiczyłem to w kilku branżach, często pozwalając, żeby ktoś przez lata całe był przy mnie, a ja cały czas, testując nowe metody „wychowawcze”, sprawdzałem, czy moja inwestycja się zwróci. Dziś, po ponad dwudziestu latach w biznesie, wiem, że jest to toksyczne dla obu stron. Ty się wykrwawiasz ze swojej pasji i pieniędzy, tracisz serce do tego, co robisz, bo zbyt wiele czasu poświęcasz na tłumaczenie tego innym. Oni czują się finalnie wykorzystani, skupiają się tylko na negatywnych aspektach współpracy, a gdy się odpowiednio wzmocnią, to i tak poszukają innego miejsca. Błędy popełniane osobiście przeze mnie można zawrzeć w kilku punktach:
- Uważałem, że gdy ktoś mówi, że zrobi, to zrobi.
- Sądziłem, że zapał u obcej osoby utrzyma się tak samo długo jak u mnie.
- Nie miałem nikogo innego chętnego, więc brałem tego, który się trafił.
- Sądziłem, że ludzie będą pamiętali, jak wiele w nich inwestuję.
- Myślałem, że każdy chce przesuwać swoje granice.
- Myliłem się, ufając wszystkim bezgranicznie i słuchając ich obietnic bez pokrycia.
- Za mało ustaleń zapisywałem w formie umów.
- Płaciłem za przyjaźń, nie za realną pracę.
W końcu po latach zrozumiałem, że skala i rodzaj biznesu wymuszają na mnie naukę nowych umiejętności. Choć wielu z tych rzeczy bardzo nie lubiłem, to musiałem zacząć je stosować. Umowy, papiery, raporty, chłodne i obiektywne podsumowania. To wszystko, jeśli nie przekroczy skali biurokracji i generowania papierków dla papierków, może ochronić naszą pasję i nasz biznes. Dziś to wiem.
Maia podzieliła swój wykres ELTV na cztery etapy. Początek, pełna produktywność, decyzja o odejściu, ostatni dzień w pracy. Te cztery etapy naszej współpracy bardzo obrazowo pokazują, że sporo czasu może minąć, aż będziemy odpowiednio produktywni. Przychodzi taki czas, gdy się wypalimy, znudzimy, odpuścimy, zostaniemy podkupieni i tak dalej. Z wielu różnych powodów decydujemy się na odejście z obecnego biznesu. Od tego momentu nasza produktywność znowu zaczyna drastycznie spadać, aż do ostatniego etapu, nazwanego „ostatnim dniem w pracy”, gdy produktywność równa jest zeru. Choć biorąc pod uwagę moje doświadczenie i wiele innych czynników, ja bym ten czwarty etap znowu przesunął poniżej linii zysku firmy. Czyli w miejsce straty. Dlaczego? Ano dlatego, że jesteśmy głupi i nielojalni. Odchodzimy z pracy z firmowym sprzętem albo na koniec go uszkadzamy. Okradamy swoich byłych przyjaciół z bazy danych. Wynosimy firmowe know-how oraz kradniemy bezlitośnie klientów. Czyli firma, która w pierwszym momencie nam zaufała, wpuściła do swojej siedziby prostaka. Musiała nauczyć go mówić, jeść, ubrała go i pokazała mu co i jak, inwestując w to ogromne pieniądze. Na końcu jeszcze traci.
Uważasz, że zbyt ostro to opisałem? OK, rozumiem, jesteś pracownikiem. Popatrz na to z innej perspektywy. Profesjonalista przychodzi do nowego biznesu odpowiednio przygotowany i biznes nie musi w niego dużo inwestować, przez co okres produktywności następuje szybciej, a potencjalnych strat na koniec nie będzie, ponieważ profesjonalista nie zniża się do tego poziomu, żeby okradać swój poprzedni biznes. Spaliłoby to jego reputację na rynku, po którym się porusza. Jako że w naszej, polskiej rzeczywistości zbyt wielu profesjonalistów nie uświadczysz, to cały czas widzisz nieetyczne, gorszące zachowania, które wpływają na Ciebie i uczą Cię złych nawyków — ale na szczęście możesz się temu oprzeć. W moim osobistym przypadku szczycę się tym, że nigdy nie ukradłem pracownika znajomemu ani współpracującej firmie. Brzydzi mnie to po prostu i jestem w szoku, że ludzie tak robią. Miałem kilka sytuacji, w których ktoś chciał sam do mnie przejść, ale za każdym razem zmuszałem tę osobę do dużo wcześniejszego porozmawiania z dotychczasowym szefem. Ba! Nawet do tego szefa dzwoniłem, upewniając się, czy wszystko jest OK i czy zdaje sobie sprawę, że jego pracownik szuka innej pasji. Raz tego nie zrobiłem i spotkałem się z bezpodstawnym zarzutem. W skrócie: od znajomej odchodziła z pracy młoda dziewczyna. Robiła tam coś niesatysfakcjonującego, podobno się wypaliła i już tego nie chciała robić. U mnie miała się zająć czymś innym, czymś, co ją pasjonowało. Wyszło na to, że tam nic nie powiedziała. Okłamała mnie, że tam wyjaśniła, lecz tego nie zrobiła. Minęło kilka miesięcy i gdy u mnie żadnej kariery nie zrobiła, wróciła w miejsce, z którego przyszła. Ja za to straciłem relację z jej szefową. Choć może to i dobrze.
Temat ten jest dla mnie bliski i trudny, ponieważ sam zostałem kupiony za dzieciaka (o czym piszę w Guru kultu..ry) i wtedy logiczne mi się wydało, że muszę iść o tym porozmawiać z moim szefem. Dostałem propozycję trzykrotnych zarobków oraz większego zakresu obowiązków, czyli mówiąc prosto: zrobienia dużo większej kariery. Było to trudne, ale i tak czułem intuicyjnie, że muszę porozmawiać ze swoim szefem i spytać, co on o tym sądzi. Później w branży widziałem, jak ludzie skaczą między firmami dla kilku złotych. Szokowało mnie to, ale nie tak drastycznie jak to, co zobaczyłem w branży urody. Gdzie młode, puste dziewczyny bez litości wykorzystywały swoich szefów. Najpierw myślałem, że to coś nie tak z moim miastem, lecz później, po wielu wyjazdach szkoleniowych, gdy poznawałem innych szefów i szefowe, słyszałem, że to po prostu polskość. Przyjść do pracy, nic nie umiejąc, nauczyć się wszystkiego, po czym odejść i otworzyć konkurencję na tej samej ulicy. Plus oczywiście zabrać ze sobą klientelę i jeszcze mocno obrobić dupę swoim byłym pracodawcom idiotom. Tej ostatniej opinii się nie dziwię, a wręcz potwierdzam. Każdy ze znanych mi szefów firm i prezesów powtarza te same słowa: „Byłem skończonym idiotą, że pozwalałem się tak dymać”.
Finalnie widać, że błędy są po obu stronach i każdy ma rację. Każdy widzi ten temat tylko ze swojej perspektywy. Nie ma co się więc dziwić, że pracownik tak się zachowuje, a szef na to reaguje. Trzeba też dodać, że tak samo, jak trafiają się źli pracownicy, trafiamy na złych szefów. Nie każdy się nadaje na jedno czy drugie stanowisko. Naszym zadaniem tutaj jest jedynie otworzyć głowę i skupić się na tym, na co mamy wpływ. Wyselekcjonowałem więc kilka istotnych punktów, których przypilnowanie da Ci o wiele większą szansę na dobrą pracę za godziwą płacę oraz na biznes, który się rozwija, a nie zjada sam siebie.
*Artykuł stanowi fragment książki pt. „Nie interesuje mnie bycie zwykłym człowiekiem” Michała Wawrzyniaka (Onepress, 2017)



















































