

Prokuratura Okręgowa w Gdańsku i Prokuratura Okręgowa w Łodzi celowo "wykrajała część opinii i nie kopiowała danych tak jak powinny być kopiowane", po to by ukryć niektóre fakty, żebym był jedyną skazaną osobą - mówił w środę przed komisją śledczą Marcin P., były szef Amber Gold.
"Ja mogę powiedzieć, że moim zdaniem celowo Prokuratura Okręgowa w Gdańsku, następnie w Łodzi, wykrajała część opinii i nie kopiowała danych, tak jak powinny być kopiowane, żeby niektóre fakty w tej sprawie ukryć. Żebym ja był, a przy okazji moja żona, która moim zdaniem nie ma z tym nic wspólnego, jedyną osobą skazaną w tej sprawie. A tak w tej sprawie, niestety, nie jest" - oświadczył Marcin P.
Jak mówił, w chwili obecnej najłatwiej wszystkim zasłaniać się niepamięcią. "Ja nie wierzę, że pracownik, który pracował u mnie trzy lata, dzień w dzień wykonywał te same obowiązki, staje przed sądem i mówi, że nie pamięta. W chwili obecnej dochodzimy do takich absurdów w sprawie karnej, że dyrektor operacyjna mówi, że ona nic nie pamięta, a sąd, że jeśli będziemy chcieli ją jeszcze raz przesłuchać, będzie przesłuchiwana w obecności psychologa" - zaznaczył.
Krzysztof Brejza (PO) pytał Marcina P. czy w czasie "poprzedniej przestępczej działalności, za którą otrzymał wyroki", prowadził działalność charytatywną, wspierał finansowo jakiekolwiek stowarzyszenia. Świadek odmówił odpowiedzi na to pytanie. Pytany był także, czy kontaktował się z radomskim stowarzyszeniem "Pomoc 2002". "Nie wiem, żebym się w ogóle z kimś takim kontaktował" - odpowiedział.

Brejza pytał także, jakie interesy prowadził w tamtym czasie w Stargardzie Szczecińskim i Szczecinie. "Jaki ma to związek ze sprawą?" - zapytał Marcin P. Zaznaczył, że jeśli ma to związek z Amber Gold to odmawia odpowiedzi. Dopytywany powiedział: "Nie pamiętam bym prowadził tam przedsięwzięcia inne, niż prowadziłem w Gdańsku".
Poseł PO zapytał również, czy przed założeniem Amber Gold i pojawieniem się w tym interesie mecenasa Łukasza Daszuty, korzystał z pomocy prawnej innych adwokatów. "Wielu adwokatów się przez moje życie przewinęło. Być może tak, nie wiem, nie pamiętam" - odparł. "To były sporadyczne kontakty, to nie były prace długofalowe, które by powodowały dłuższą znajomość i relację biznesową, jak z panem (Maciejem) Górtowskim, czy panem Daszutą".
Brejza chciał wiedzieć także, czy Marcin P. korzystał z pomocy adwokata Piotra Pieczykolana, który, jak mówił, reprezentował m.in. Marka M. pseud. "Oczko" ze Szczecina i Andrzeja Z. pseud. "Słowik" ze Stargardu Szczecińskiego, i uważany jest za zaufanego mecenasa tzw. Grupy pruszkowskiej.
Marcin P. odpowiedział, że tak, ale przez okres bardzo krótki. "Rozstaliśmy się w konflikcie" - zaznaczył. "Zostało mu wypowiedziane przez mnie pełnomocnictwo i on mi także wypowiedział pełnomocnictwo" - powiedział. Dodał, że nie był to adwokat, którego sam sobie znalazł, tylko adwokat znaleziony przez kogoś z jego rodziny.
"Ja nie pamiętam kto, ale ktoś z mojej rodziny pełnomocnictwo podpisał. Dostał polecenie od pana adwokata Maja. Pan adwokat Maj nie miał czasu zająć się tą sprawą i polecił pana Pieczykolana, a pana +Oczki+ i pana +Słowika+ niestety nie znam" - podkreślił P.(PAP)
dsr/ par/




























































