Równina Mezopotamii wydaje się stąd płaska jak stół. Góra, na której zboczach leży miasto Mardin wznosi się wyraźnie ponad jej poziom. Z tej perspektywy świat wygląda inaczej. Z perspektywy gór. W miarę jak zachodzi słońce, pod nami zapalają się kolejne światła. Z pozornego pustkowia wyłaniają się kolejne miasta i miasteczka.
Reportaż Autora przedstawia skomplikowane losy Kurdów mieszkających w Turcji. Ramy czasowe scalające przedstawioną historię nie obejmują najnowszych wydarzeń m.in. nieudanego puczu wojskowego - przyp. redakcja.
– Spójrz tam – powiedział w pewnym momencie Müslüm wskazując gdzieś na horyzont. – Widzisz te światła ustawione w linii? To granica. Tam zaczyna się Syria.
–Widzę. Co tam teraz jest? Państwo Islamskie?
– Już nie. Teraz tam jest wolny Kurdystan – powiedział nie kryjąc dumy. Po chwili milczenia dodał z pewnym smutkiem w głosie – U nas też kiedyś będzie.
Płomienie Newroz
Ognisko w centrum miasta zazwyczaj budzi zdziwienie, szczególnie, jeżeli wokół tańczy i śpiewa kilkadziesiąt osób, ale nie tutaj i nie dzisiaj. A jesteśmy w samym sercu Kadıköy – jednej z najludniejszych dzielnic Stambułu, tuż obok przystani promowej łączącej Europę z Azją, gdzie codziennie przechodzą setki tysięcy ludzi. Przechodnie tylko przyspieszają kroku rzucając ukradkowe spojrzenia, zarezerwowane zwykle dla bezdomnych – niechciany element miejskiego krajobrazu, z którym jednak nic nie można zrobić.
Zgromadzeni zupełnie nie przejmują się otoczeniem. Trzymają się za małe palce u rąk formując wokół ogniska półokrąg i skocznym, dość skomplikowanym, ale równym krokiem tańczą do muzyki z ustawionego nieopodal głośnika, przekrzykując go przy tym własnym śpiewem. Po chwili jest ich tak dużo, że muszą uformować drugi półokrąg, a zaraz trzeci. Są tu wszyscy: mężczyźni, kobiety, młodzi, starzy. Przemieszani wykonują coś, co wygląda jak odwieczny, radosny rytuał.
Jest 21 marca 2015 roku, a bawiący się ludzie to Kurdowie, którzy dzisiaj świętują Newroz, czyli rozpoczęcie nowego roku. To najważniejszy dzień w ich kalendarzu. Choć ten jeden z największych narodów na świecie wywodzi się z pogranicza Iranu, Iraku, Syrii i Turcji, ogniska takie, jak to w Kadıköy płoną dzisiaj w całym kraju. Trwające od przeszło 30 lat walki pomiędzy siłami rządowymi, a partyzantami Partii Pracujących Kurdystanu (PKK) wygoniły setki tysięcy ludzi z własnych domów zmuszając do wędrówki na zachód. Szacuje się, że w samym Stambule mieszka ich około czterech milionów, jedna piąta ludności miasta.
Dzisiaj te czarne dni wydają się przeszłością. PKK zawarły z rządem zawieszenie broni i w południowo-wschodniej Anatolii, przez jej mieszkańców często nazywanej Kurdystanem, w końcu zapanował pokój. Widać to także tutaj. Za rogiem stoi TOMA, czyli ciężka, policyjna armatka wodna, powszechny element tureckich ulic. Stoi niewidoczna, nie narzucając swojej obecności. Stojący wokół niej policjanci z oddziałów do tłumienia zamieszek spokojnie palą papierosy leniwie opierając się o swoje tarcze. Nie są tu, by zakłócać radość świętujących Kurdów. Już nie.
Powodów do radości jest więcej. Nawet niewprawne oko zauważy wokół ogniska wszechobecne flagi z symbolem dłoni trzymających bukiet liści, co z daleka wygląda, jak drzewo, i literami HDP – Halk Demokratik Partisi (Demokratyczna Partia Ludowa). Za trzy i pół miesiąca odbędą się wybory parlamentarne, w których po raz pierwszy w historii pro-kurdyjska partia polityczna przekroczy dziesięcioprocentowy próg wyborczy i wejdzie do parlamentu. Już dziś wszyscy Kurdowie są nakręceni entuzjazmem jej zwolenników. Jeszcze nigdy ten naród nie był tak zjednoczony wokół jednej idei. Tańczą więc z tym większą radością, ufnie patrząc w piękną przyszłość. Zbyt piękną, by mogła być prawdziwa.
Pożeranie mózgów
Święto Newroz wiąże się nierozerwalnie z legendą o królu Zehaka. Ten władca imperium asyryjskiego był okrutnym tyranem, któremu z ramion zamiast rąk wyrastały dwa czarne węże. Jeżeli codziennie nie zjadły one mózgów dwóch młodych mężczyzn, król cierpiał katusze z powodu straszliwego bólu głowy. Choć apetyt bestii był ogromny, zaspokajano go z makabryczną regularnością. Każdego dnia do królewskiego pałacu w Niniwie sprowadzono młodzieńców, którzy mieli nigdy z niego nie wrócić. Wkrótce w całym kraju nie było domu, gdzie rodzice nie opłakiwaliby swoich dzieci. Nad państwem zawisł smutek tak ogromny, że nawet wiosna przestała go odwiedzać.
Berkan krzywi się tak bardzo, że mimo słabego światła, nie sposób tego nie dostrzec.
– Dlaczego wy, Turcy, tak bardzo nie lubicie Kurdów? – pytam.
– Ja nie mam nic przeciwko Kurdom – obrusza się. – Natomiast mam wiele przeciw terrorystom – to mówiąc wskazał na grupkę radosnych ludzi tańczących z flagami HDP.
– Nie wyglądają na terrorystów.
– HDP ma powiązania z terrorystami z PKK. Wszyscy to wiedzą. Zobaczyli, że krwawą wojną domową nic nie osiągną, więc teraz postanowili wejść do parlamentu. Nie podoba mi się to. Nikt nie wyrządził Kurdom tyle zła, co PKK. Zabijali cywilów, nauczycieli, policjantów po służbie i każdego, kto w ich mniemaniu współpracował z rządem. Przez wojnę z nimi zginęło 40 tysięcy ludzi. Chcą wykroić jedną trzecią terytorium mojego kraju. HDP to są dokładnie ci sami ludzie.
– Ale przecież to jest osobny naród. Nie należy im się wolny Kurdystan?
– Nie wymawiaj na głos tego słowa! – Berkan podnosi głos. Jest wyraźnie zdenerwowany. – Kurdystan nie istnieje, rozumiesz? To sztuczny twór, który wymyślili Amerykanie, żeby wygrać wojnę w Iraku. Nie ma czegoś takiego.
– No dobrze, ale w Turcji też są Kurdowie, którzy chcą niepodległości.
– Jestem przekonany, że jakby już ogłosili tę swoją niepodległość, to zaraz przed zamknięciem granic, wszyscy by stamtąd wyjechali. Zobacz ile już teraz ich przyjeżdża do Stambułu. Południowo-wschodnia Anatolia to najbiedniejszy region Turcji. Zresztą Kurdowie nawet nie są osobnym narodem. Naprawdę. Mam wielu kurdyjskich znajomych, którzy uważają się za Turków. Nawet nie mówią po kurdyjsku. W rzeczywistości mało kto popiera terrorystów. Szanują naszą konstytucję, która mówi o niepodzielności Republiki Tureckiej. Nikt ich nie prześladuje, kiedyś nawet Kurd był prezydentem. Czują się jej pełnoprawnymi obywatelami i faktycznie nimi są.
– O ile nie mówią po kurdyjsku?
– Jeśli o mnie chodzi, to mogą mówić, w jakim języku tylko chcą. Niech tylko nie podkładają bomb.
Kurdystan jest nieistniejącym krajem, ale nie przeszkadza mu to mieć swoją stolicę. Do Diyarbakır docieram 19 maja. Ten dzień to święto państwowe, upamiętniające Mustafę Kemala Atatürka, założyciela Republiki Tureckiej i wielkiego bohatera narodowego. Dzisiaj gmachy szkół i urzędów udekorowane są olbrzymimi płachtami, z których spogląda podobizna „Ojca Turków”. W Stambule nawet zamknięto most spinający brzegi Bosforu, by zrobić miejsce dla marszu ku czci jego pamięci.
Świętuje się w całym kraju, ale nie tutaj. „Południowo-wschodnia Anatolia” żyje własnym rytmem i trudno zauważyć, by ten dzień był w jakikolwiek sposób specjalny. Jedynie państwowy uniwersytet jest zamknięty, dzięki czemu Rıdvan ma czas, by oprowadzić mnie po mieście.
– Dlaczego Kurdowie nie lubią Atatürka? – pytam, gdy robimy sobie przerwę w oglądaniu historycznych meczetów i siadamy napić się pysznej kurdyjskiej kawy, słynącej z charakterystycznego, pistacjowego posmaku.
– Bo nas oszukał. Obiecał nam wspólne państwo turecko-kurdyjskie, jak tylko pokonamy Francuzów i Anglików w wojnie o niepodległość. A jak już ich pokonaliśmy, to zrobił dokładnie to, przed czym się broniliśmy biorąc udział w tej wojnie. Stworzył państwo świeckie na wzór zachodnich imperiów. Islamskie wartości nagle przestały się liczyć. My, Kurdowie, jesteśmy religijnymi ludźmi i nie możemy mu tego zapomnieć.
– Oddzielił państwo od religii?
– Gorzej! On podporządkował religię państwu. Stworzył Ministerstwo do spraw Religii. Wszyscy imamowie są jego urzędnikami. W piątek w meczetach czytają kazania napisane w Ankarze. Religia straciła swoje znaczenie, więc już nie mogła spełniać swojej roli, jako spoiwa łączącego mieszkańców państwa. I tak została zastąpiona przez turecki nacjonalizm.
– A co z Kurdami?
– Nie ma żadnych Kurdów – zaśmiał się. – Nazywają nas „Turkami górskimi” i próbują zasymilować. Pamiętam mój pierwszy dzień w szkole – pochylił się do mnie ściszając głos. – Nauczyciel zadał mi jakieś pytanie. Po turecku, w języku, którego wtedy nie znałem. Powiedziałem po kurdyjsku, że nie rozumiem, na co on uderzył mnie mówiąc, że jestem głupi. Nadal chce mi się płakać, kiedy o tym pomyślę. To rodzi straszną frustrację. Przecież nie jesteśmy Turkami. Mamy swój język i swoją kulturę.
– Teraz chyba nie jest tak źle. Na bazarze nawet widziałem, jak sprzedają koszulki z napisem „Kurdistan”.
– Tak, to prawda. Dziś już nas tak bardzo nie prześladują. Możemy mówić na ulicy po kurdyjsku bez ryzyka, że ktoś nas za to zamknie w więzieniu. Są nawet audycje w naszym języku w państwowej telewizji i radiu. Nie byłoby tego wszystkiego bez PKK. Gdyby nie oni, Turcy już dawno by nas zasymilowali. Dopóki Kurdowie nie chwycili za broń, nikt nie chciał nas słuchać i dlatego uznajemy PKK za bohaterów. Przypomnieli nam, kim jesteśmy.
I dlatego Turcy tak bardzo ich nienawidzą – myślę.
Czytaj dalej: Góry cię wysłuchają >>
Góry cię wysłuchają
Okrucieństwo Zehaka napełniało przerażeniem także królewski pałac w Niniwie. Nadworni kucharze poczuli litość dla przyprowadzanych do pałacu młodzieńców i postanowili zrobić wszystko, by uratować tylu, ile będą potrafili. Codziennie zabijali tylko jednego, a jego mózg przed podaniem wężom mieszano z mózgami baranów. Drugiego natomiast ukrywali w górach, gdzie ocaleni od rzezi strzegli nie tylko swojego życia, ale też tajemnicy swoich wybawców. Wkrótce nauczyli się żyć w ciężkich warunkach i ich kryjówka stała się nowym domem.
Przeciskamy się z Rıdvanem przez wąziutkie uliczki Starego Miasta. Na otwartej przestrzeni upał jest nie do wytrzymania. Tutaj, w cieniu zabytkowych, kamiennych i ceglanych domów jest o wiele przyjemniej. Wchodzimy na podwórze jednego z nich, pełniącego funkcję informacji turystycznej i kulturalnej.
– Zadajesz dużo pytań, przedstawię ci kogoś, kto wie znacznie więcej ode mnie – oznajmia Rıdvan.
Na obszernym dziedzińcu stoją rzędy krzeseł naprzeciwko stolika, przy którym siedzi kilku bardzo starych panów. To Dengbejowie, kurdyjscy świadkowie historii. Codziennie około południa spotykają się w tym miejscu i ni to śpiewając, ni to recytując melodyjnie opowiadają historię świata. Tak, jak wcześniej robili to ich ojcowie, a przedtem dziadkowie. Przez chwilę słuchamy ich hipnotyzującego występu, po czym wchodzimy schodami na piętro.
Mustafa wygląda na około pięćdziesiątkę. Z moich rozmówców zdecydowanie najlepiej mówi po angielsku Nauczył się tego języka pracując w Stanach Zjednoczonych, gdzie spędził dużą część swojego życia. Jeśli do tego dodać, że mówiąc o PKK podejrzanie często wymykała mu się forma „my”, można sobie wyobrazić, dlaczego wyjechał. Swoje w górach musiał przesiedzieć.
Skończył coś pisać na swoim komputerze, po czym od razu zaczął mówić:
– Diyarbakır jest jednym z najstarszych miast świata o historii liczącej przynajmniej sześć tysięcy lat. Miejsce, w którym zostało założone też jest nieprzypadkowe, obszar pomiędzy rzekami Tygrys i Eufrat to kolebka cywilizacji. Można powiedzieć, że my, Kurdowie jesteśmy jednym z najstarszych narodów na świecie. Byliśmy tu na długo, zanim Turcy około XI wieku przybyli do Anatolii ze stepów środkowej Azji. Etnicznie nie mamy z nimi nic wspólnego, już bliżej nam do Persów Jak przyjedzie do nas ktoś z Iranu rozumiem go mniej więcej w 30 procentach.
– Jesteście starym narodem, ale nigdy nie mieliście swojego państwa – zauważam.
– Kurdystanu nie ma na mapie, ale jest w naszych sercach. Nasze ziemie wschodziły w skład wielu państw i imperiów, ale nigdy nie mieliśmy swojego. Wiemy o 23 cywilizacjach, które rządziły Diyarbakır w historii miasta. Ich wpływy nigdy nie sięgały wysoko w góry, gdzie kurdyjska kultura mogła rozwijać się bez przeszkód. Jesteśmy górskim narodem, od zawsze żyjącym w pewnej izolacji i chyba właśnie to pozwoliło nam przetrwać tyle lat i zachować swoją tożsamość. Do dziś to właśnie w górach są kryjówki PKK.
– Właśnie, PKK. Dlaczego tak nagle zechcieliście swoje państwo?
– Nie tak nagle. Antytureckie powstania wybuchały już w XIX wieku. PKK nie stworzyło kurdyjskich roszczeń państwowych, a tylko je odnowiło. Niestety przez wiele lat były ważniejsze sprawy. Gdy po rozpadzie Imperium Osmańskiego wybuchła wojna o niepodległość Turcji stanęliśmy po stronie Atatürka. To była walka z niewiernymi Francuzami i Anglikami o naszą religię. Potem, gdy w latach ’70 XX wieku powstała PKK, kopaliśmy w tyłek naszych modlących się ojców i walczyliśmy o socjalizm w imię rosyjskiej rewolucji. Dopiero teraz walczymy dla siebie. I dlatego wygramy. PKK się mocno zmieniła przez ostatnie lata.
– Walczycie dla siebie, czyli właściwie o co?
– O demokrację. Chcemy sami sobą rządzić w lokalnym parlamencie, tu w Diyarbakır. Ale nie tylko kurdyjskim, o nie! Oprócz nas zasiadaliby w nim także przedstawiciele Turków, Ormian, Asyryjczyków i wszystkich mniejszości, które żyją w Kurdystanie. Nie potrzebujemy nawet swojego państwa, wystarczy nam tylko szacunek dla naszych ludzi i naszej kultury. Chcemy, żeby dzieci mogły się w szkole uczyć czytać i pisać po kurdyjsku. Bez strachu
– Ten cel wydaje się bardzo odległy. Czemu po tylu latach nie wywalczyliście więcej?
– To wszystko przez to, że Kurdowie są tak religijni. Gdyby nie islam, już dawno byśmy byli niepodlegli. Naprawdę. Zresztą spędziłeś u nas już trochę czasu, co możesz powiedzieć o Kurdach?
– Są łagodni, mili, gościnni…
– Dokładnie tak! Nie są to cechy za bardzo przydatne w boju, prawda? A wszystkie wynikają z islamu. W Koranie posłuszeństwo rządom zapisane jest w tym samym wersecie, co Allahowi i prorokom, o czym kontrolowane przez Ankarę meczety chętnie przypominają. Religia jest balastem w walce o niezależność. Jak ktoś się modli 5 razy dziennie, to już mu nie starcza czasu na martwienie się o sprawy swojej narodowości.
Zerknąłem na Rıdvana, o którym wiedziałem, że jest religijny. Antyislamskie tyrady jednak najwyraźniej nie robiły na nim większego wrażenia. Słuchał z uwagą, nie protestował. Widać, że tę dwójkę wiele w światopoglądzie dzieli, ale jest coś znacznie większego, co ich łączy.
Necdet ma około trzydziestki, jest nauczycielem historii. Jego żona jest burmistrzem jednego z miasteczek przy syryjskiej granicy i mocno zaangażowała się w kampanię wyborczą HDP. Kochający mąż postanowił dać jej trochę wytchnienia, by mogła w spokoju zająć się polityką, więc zabrał czteroletniego syna i wyjechał do Diyarbakır odwiedzić rodziców. Podejrzewam, że ma to związek z bombami, które poprzedniego dnia wybuchły w biurach HDP w Adanie i Mersin. Im bliżej wyborów, tym bardziej intensywna staje się kampania. Nie wiedzą jeszcze, że tego typu podróże w nadchodzących miesiącach staną się ich codziennością.
Siedzimy w jednej z tysiąca jadłodajni, gdzie na grillu przyrządza się Ciğer, typowo kurdyjski kebap (w Turcji zawsze pisany przez „p”) z jagnięcej wątróbki. Z telewizora w rogu leci jakieś przemówienie Erdoğana, dość częsty element ramówki w tutejszej kablówce. Właściciel lokalu przynosząc nam nasze zamówienie wskazał na swojego prezydenta i powiedział jedno słowo, o którym wiedział, że jako obcokrajowiec na pewno je zrozumiem: „Hitler”. Uśmiecham się pod nosem.
– Dlaczego tak bardzo nie lubicie Erdoğana? Przecież wydaje się, że wiele zrobił dla Kurdów. Zawarł pokój z PKK, przestał karać za używanie waszego języka, nawet zezwolił na programy po kurdyjsku w telewizji i radiu.
– My, Kurdowie, wierzymy przede wszystkim w demokrację, a Erdoğan jest jej wrogiem. Chce być nowym sułtanem. Nie ufamy mu. Nie wierzymy, że on naprawdę chce traktować nas po partnersku i zaprowadzić pokój. Pokazał swoją prawdziwą twarz kilka miesięcy temu, kiedy ISIS zaatakowało w Syrii kurdyjskie miasto Kobane, zaledwie kilka kilometrów od tureckiej granicy. Tureckie czołgi przez kilka miesięcy bezczynnie przyglądały się rzezi miasta. Nawet nie chciał przepuścić Peszmergów, czyli kurdyjskich wojowników z Iraku zdążającym na pomoc rodakom. Nie zapomnimy mu tego.
– I dlatego głosujecie na HDP.
– Tak, za dwa tygodnie HDP wejdzie do parlamentu w Ankarze. Nic już tego nie powstrzyma. To daje nam nadzieję na to, że w Turcji zatryumfuje demokracja i nasze prawa nareszcie będą respektowane. Przez 30 lat nie udało się tego osiągnąć siłą. Teraz wojna się skończyła, więc pora na politykę.
– Jaki właściwie macie program?
– HDP to partia lewicowa, postulująca równouprawnienie kobiet i poszanowanie praw mniejszości. Wszystkich mniejszości, nie tylko etnicznych, ale też chociażby seksualnych. Mimo to, głosuje na nas wiele religijnych osób, które wcześniej głosowały na konserwatystę Erdoğana. Czują się Kurdami i widzą, co robi „sułtan”.
Czytaj dalej: Ojciec narodu >>
Ojciec narodu
Pewnego dnia do ofiary dla Zehaka wytypowano ostatniego syna kowala o imieniu Kawe. Ogarnęła go rozpacz. Ze stratą pozostałych synów nie było łatwo się pogodzić, ale po śmierci tego nie zostałby mu już na tym świecie nikt więcej. Całą noc nie spał myśląc jak ocalić jedynego potomka. Gdy nad ranem nadeszli żołnierze królewscy, Kawe sam oddał się w ich ręce w młodzieńczych szatach syna. Nie wiedział jeszcze o tym, co szykuje dla niego los.
Choć zawieszenie broni między tureckim rządem i PKK trwa już od około dwóch lat, Diyarbakır nadal jest mocno zmilitaryzowane. Między budynkami od czasu do czasu przejeżdża kolumna transporterów opancerzonych, a posterunki policji przypominają małe twierdze.
W gnieździe karabinu maszynowego umieszczonego na dachu opancerzonego policyjnego radiowozu siedzi młody człowiek. Upał jest nie do wytrzymania, a on jest w pełnym rynsztunku. I w pełnym słońcu. Ze znudzeniem spogląda na wylot ulicy, gdzie działacze HDP rozdają ulotki. Mają ze sobą głośnik, z którego dobiega głośna muzyka. Przechodnie formują półokrąg chwytając się za małe palce i zaczynają tańczyć równym krokiem. Panuje atmosfera radości i wolności.
W pewnym momencie muzyka cichnie, a w jej miejsce pojawia się zdecydowany głos brzmiący jak fragment jakiegoś przemówienia.
– To Selahattin Demirtaş! – tłumaczy Rıdvan – jeden z liderów HDP. Człowiek wielkiej charyzmy. Kiedy go słucham mam łzy w oczach.
Rzeczywiście Demirtaş jest wszędzie. Na plakatach, billboardach, ulotkach. Wiece z jego udziałem gromadzą tysiące ludzi, którzy często przebywają wiele kilometrów, by go zobaczyć i posłuchać. Wszystkie nadzieje na pokojowe rozwiązanie konfliktu kurdyjsko-tureckiego skupione są w tym człowieku i jego partii.
Fenomen, jakim jest pierwsza tak populara partia pro-kurdyjska nie schodzi z ust także w odległym Stambule.
– Będę głosował na HDP – oznajmia Yanus, gdy już rozmowy zeszły na politykę. Jesteśmy w mieszkaniu przy prestiżowej alei Bagdat Ciadesi. Dom, w którym przebywamy wkrótce będzie wyburzony, więc możemy robić, co chcemy, a moi towarzysze, cóż, nie są konserwatywnymi muzułmanami.
–Dlaczego? Przecież nie jesteś Kurdem.
– Tak, ale jeżeli HDP wejdzie do parlamentu, to AKP nie będzie mieć większości, żeby zmienić konstytucję i zrobić z Erdoğana sułtana. Też powinieneś na nich zagłosować.
– Może i masz rację – odpowiada mu Emre. – Ale HDP to terroryści. Wiedziałeś, że Demirtaş, zanim założył partię, był w górach? PKK i HDP to jest to samo.
Obaj dwa lata wcześniej protestowali przeciw Erdoğanowi w parku Gezi, razem z tysiącami innych młodych ludzi. Znają smak gazu łzawiącego i bynajmniej nie tak wyobrażają sobie demokrację.
– Przesadzasz – stwierdza w końcu Yanus. – Największy terrorysta to ten, który siedzi w pałacu prezydenckim w Ankarze.
Krew za krew
Gdy Kawe dotarł do pałacu Zehaka, był już pogodzony ze śmiercią. Tym większe było jego zdziwienie, gdy dowiedział się, że jego dzień jeszcze nie nadszedł. Kucharze wyjaśnili kowalowi obmyślony przez siebie podstęp i wysłali go w góry. Gdy już udało mu się wymknąć z pałacu i zmierzał w kierunku ośnieżonych szczytów, jedna myśl nie dawała mu spokoju. Skoro młodzieńcy są ukrywani od lat, to może… Tak! Gdy dotarł na miejsce okazało się, że wszyscy jego synowie przeżyli w ukryciu. Radość była ogromna, ale jeszcze większe zdziwienie, gdy ujrzał, jak wielu młodzieńców ocalało. Kawe zadecydował, że to nie czas na świętowanie, gdy nadal Zehaka zbiera krwawą ofiarę z mózgów. Postanowił zebrać ludzi, zejść z gór i zaatakować Niniwę.
Zawieszenie broni między PKK i tureckim rządem zakończyło się 20 lipca 2015 roku w miasteczku Suruç na południu kraju. Młodzi Kurdowie w tamtejszym Domu Kultury zorganizowali konferencję poświęconą odbudowie zniszczonego przez ISIS miasta Kobane. Nagle wśród zgromadzonych wybuchła bomba zabijając 33 z nich.
Sprawców szybko zidentyfikowano jako terrorystów z tzw. Państwa Islamskiego. To jednak tylko częściowo zadowalało Kurdów. PKK stwierdziła, że odpowiedzialność za tragedię ponoszą także tureckie służby, które do niej dopuściły. Szybko oskarżono dwóch policjantów, którzy mieli współpracować z zamachowcami. Ich „egzekucja” odbyła się dwa dni później. Turcy nie pozostali dłużni i przeprowadzili masowe aresztowania osób podejrzanych o powiązania z PKK.
Wkrótce fala przemocy narastała coraz bardziej. Działania policji stawały się coraz bardziej brutalne. Z drugiej strony przy drogach zaczęły wybuchać improwizowane ładunki wybuchowe zabijając tureckich wojskowych i policjantów. Spirala nienawiści znów zaczęła się nakręcać.
Necdet, tak jak wszyscy mieszkańcy jego miasta, musiał opuścić swój dom na 40 dni. W tym czasie wojsko wprowadziło całodobową godzinę policyjną przeciwko PKK. Gdy wrócił, nic nie było, jak wcześniej. Pokoje były jednym wielkim kłębowiskiem powywracanych mebli i porozrzucanych rzeczy osobistych. Wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, zniknęło.
– Podejrzewam, że żołnierze zamieszkali w moim domu na kilkanaście dni. Ich smród unosi się wszędzie – napisał mi, kiedy już ogarnął bałagan. – Wyrzuciłem wszystko, czego dotknęły ich brudne ręce.
Może j mówić o sporym szczęściu. Jego blok nadal stoi. Wielu jego sąsiadów po powrocie zastało tylko gruzy. Kilkaset domów zostało w wyniku walk uszkodzonych, a kilkadziesiąt kompletnie zniszczonych. W sumie ucierpiało 1200 budynków. Zginęło 45 członków PKK.
– Turcy, jak Mongołowie, niszczą każde miejsce, w którym się pojawią – Necdet nie kryje wściekłości.
PKK wykorzystała proces pokojowy do odbudowy arsenału. Kiedy zakończyło się zawieszenie broni, byli gotowi. Armia przyzwyczajona do walk w otwartej przestrzeni okazała się kompletnie nieprzygotowana do starć w miastach. W końcu w ciasnej zabudowie kurdyjskich miast spustoszenie zaczęły siać czołgi i artyleria, po prostu zrównując je z ziemią.
Najbardziej ucierpiało miasto Cizre leżące w strategicznym miejscu nieopodal styku granic Turcji, Syrii i Iraku. Tam po raz pierwszy wprowadzono całodobową godzinę policyjną. Tam też zginęło najwięcej cywilów. Mieszkańcy, których wtedy jeszcze nikt nie informował o operacji, chowali się przed ostrzałem artyleryjskim w piwnicach swoich domów. Wielu już nigdy z nich nie wyszło. Szacuje się, że żywcem spłonęło około 150 osób.
– Demirtaş i HDP wciąż nawołują do pokoju, ale po tym, co Turcy tu zrobili już w niego nie wierzę – stwierdza Necdet. – Nie wyobrażamy sobie życia z Turcją. Za wszelką cenę musimy stworzyć wolny Kurdystan. Erdoğan kompletnie zwariował. Polityka już się skończyła i naszą ostatnią nadzieją jest PKK.
A jeszcze kilka miesięcy temu mówił coś zupełnie przeciwnego.
Jemu gniew za kilka tygodni przejdzie i znów zacznie być zwolennikiem pokoju, ale nie każdy będzie mógł o sobie to powiedzieć. Wkrótce PKK i organizacje z nią związane zaczną chwalić się rekordową liczbą ochotników wstępujących w ich szeregi.
Wielu Kurdów uważa, że wojna jest karą za to, że w czerwcowych wyborach nie głosowali na AKP, jak zawsze, ale na HDP. Operacja przeciw PKK miała być nauczką przed listopadowymi wyborami, a zarazem puszczeniem oka do nacjonalistycznego elektoratu przed przyspieszonymi wyborami w listopadzie. Udało się. 1 listopada partia Erdoğana odzyskała samodzielną większość w parlamencie. HDP utrzymała się ponad progiem, ale straciła część mandatów. Tylko przemoc się nie skończyła. I ani myślała zelżeć.
Wiosna
Kawe zaatakował Niniwę 20 marca 612 roku p.n.e. Doszło do krwawej bitwy, ostatecznie zakończonej zwycięstwem powstańców, gdy kowal swoim młotem rozłupał Zehakowi głowę. Głowę, której ból sprowadził na kraj tyle nieszczęść. Która domagała się mózgów. Na znak zwycięstwa rozpalono na okolicznych wzgórzach ogień, aby wieść o uwolnieniu spod jarzma króla-tyrana rozniosła się po całym kraju. Na drugi dzień, po raz pierwszy od lat, zawitała wiosna. I od tej pory przybywa ona każdego roku, a na pamiątkę zwycięstwa nad Zehakiem Kurdowie rozpalają ogień świętując rozpoczęcie nowego roku – Newroz.
21 marca roku 2016 ognisko na placyku koło przystani promowej w dzielnicy Kadiköy nie zapłonęło. Tego dnia próżno było szukać kurdyjskich śpiewów także w innych dzielnicach Stambułu. Milczały także Ankara, Izmir, Konya i wiele innych tureckich miast. Ciszę po śpiewach wypełniały krzyki, gaz łzawiący i woda z armatek. Obchody święta Newroz zostały zakazane w całym kraju. Ze względów bezpieczeństwa.
Tylko w 18 miastach i miasteczkach na wschodzie kraju udało się przekonać władze do złagodzenia stanowiska. Jednym z nich była stolica Kurdów, której także nie oszczędziły tureckie bomby.
– Świętowaliśmy ten dzień z nadzieją i przesłaniem pokoju przez ostatnie trzy lata – mówił Selahattin Demirtaş do zgromadzonych na placu Newroz w Diyarbakır rodaków. – Ale w tym roku obchodzimy go otoczeni śmiercią. Przez trzy lata widzieliśmy, że pokój to nie mrzonka. Widzieliśmy, że jeżeli uwierzymy w równość, pokój jest możliwy. Pomimo wszystkiego, co dzieje się dookoła nas, jesteśmy tu dzisiaj i obchodzimy Newroz pokojowo, mówiąc całemu światu, że chcemy pokoju.




























































