

Zakaz zgromadzeń, zatrzymania niepokornych i rozmowy o polityce tylko we własnej kuchni - tak opisują życie na Krymie uchodźcy, którzy nie mogą i nie chcą tam powrócić po aneksji należącego do Ukrainy półwyspu dokonanej przez Rosję.

Stała kontrola ze strony nowych, rosyjskich władz, zła sytuacja gospodarcza i zubożenie społeczeństwa, ale też brak zainteresowania, a wręcz izolacja ze strony Kijowa - wytykają ci, którzy tam pozostali.
27 lutego mija rok od symbolicznego upadku ukraińskich rządów na Krymie. 12 miesięcy temu prorosyjskie bojówki zajęły siedzibę parlamentu krymskiej autonomii w Symferopolu. Otworzyło to drogę do tzw. referendum, w następstwie którego Rosja uznała Krym za swoje terytorium.
Tatarka Tamila Taszewa w odróżnieniu od pozostałych rozmówców PAP zgadza się opowiadać o sytuacji na Krymie pod własnym nazwiskiem. Mieszka w Kijowie, gdzie ukończyła studia. Gdy w ubiegłym roku na Krymie zaczęły aktywizować się ruchy prorosyjskie, wraz z koleżanką założyła inicjatywę Krym-SOS. Na początku chciały informować świat o wydarzeniach w ich rodzinnych stronach. Teraz pomagają uchodźcom.

Taszewa po raz ostatni była na Krymie w styczniu ubiegłego roku. Uprzedzono mnie, że ze względu na moją działalność lepiej będzie, jeśli nie będę tam przyjeżdżała. Od tego czasu nie widziałam swoich rodziców. Jest to moja osobista tragedia, bo pozostawiłam na Krymie najbliższych mi ludzi - mówi.
Swą ocenę sytuacji na półwyspie opiera na rozmowach z rodziną i uciekinierami. Według oficjalnych danych uchodźców jest 20 tysięcy. Nieoficjalnie mówi się nawet o 40 tysiącach przesiedleńców. Blisko połowa z nich to Tatarzy.
Ludzie znikają jak za Stalina
Od początku okupacji życie na Krymie zmieniło się całkowicie. Władze działają w oparciu o zakazy, a ci, którzy nie chcą się im podporządkować, są zatrzymywani, a czasem nawet znikają. Obietnice lepszego życia, które składała Rosja, nie mają pokrycia. Krym jest całkowicie odcięty od świata. Okazuje się, że nowi rządzący nie są w stanie zapewnić ludziom podstawowych rzeczy - wylicza.
Według niej działania rosyjskich władz sprawiają, że nawet ci mieszkańcy Krymu, którzy opowiadali się za odłączeniem go od Ukrainy, zaczynają uświadamiać sobie, że Rosja nie spełni ich wysokich oczekiwań. Nie oznacza to jednak, że gotowi są do buntów przeciwko Moskwie.
O publicznych protestach na Krymie nikt nie myśli, gdyż jest to niebezpieczne. O polityce rozmawia się tylko w wąskim kręgu znajomych. Ludzie są zastraszani represjami wobec aktywistów ruchów proukraińskich i tatarskich i boją się wyrażać własne zdanie - podkreśla Taszewa.
Ołeksandr, który także mieszka w Kijowie, również zostawił na Krymie całą rodzinę. Nie chcąc jej zaszkodzić, prosi, by jego wypowiedzi były anonimowe. Po raz ostatni odwiedził rodziców latem ubiegłego roku. Byłem tam traktowany jak szpieg obcego państwa. Pieczątka z kijowskim meldunkiem sprawia, że stajesz się osobą podejrzaną - opowiada.
Ocenia, że mieszkańcy Krymu żyją w rozdarciu między rozczarowaniem ich obecną sytuacją, a radością, że półwysep nie ma dziś takich problemów, z jakimi boryka się Ukraina.
Ludzie cieszą się, że nikt tam nie strzela, i mówią, że mają szczęście, że nie ma tam wojny, jak w Donbasie. Walczą jednocześnie o zaspokojenie podstawowych potrzeb, bo w związku z blokadą gospodarczą Krymu ceny są tam wyższe niż w Moskwie - twierdzi.
Mieszkańcy Krymu uwierzyli w dobrego cara
Ołeksandr podkreśla, że po aneksji Krymu jego mieszkańcy, którzy zawsze silnie związani byli z Rosją, uwierzyli w dobrego cara, za którego uważają prezydenta Rosji Władimira Putina.
Car jednak siedzi w Moskwie, a na Krymie nadal rządzą ludzie przysłani tam jeszcze przez Partię Regionów obalonego prezydenta Wiktora Janukowycza. Ich polityka się nie zmienia: jest to nieustająca walka o wpływy w biznesie, przejmowanie firm i zero zainteresowania społeczeństwem - zaznacza.
O anonimowość prosi także Oleg, który, choć opowiada się za przynależnością Krymu do Ukrainy, nie opuścił półwyspu i nadal mieszka w Symferopolu. Nie chce rozmawiać przez telefon, bo - jak twierdzi - jest to dziś niebezpieczne. Woli połączyć się przez Skypea.
Nie wolno głośno narzekać
Nowe władze kontrolują praktycznie wszystkie sfery życia. Głośne narzekanie jest zabronione. To już nie stare porządki, jak na Ukrainie, kiedy można było mówić, co chcesz. Trzy osoby, które spotkają się na ulicy, wywołują zainteresowanie policji, która traktuje to jako nielegalną demonstrację i każe się rozejść relacjonuje.
Oleg przyznaje, że w początkowym okresie rosyjskich rządów część ludzi, zwłaszcza pracownicy sfery budżetowej i emeryci, dostali znacznie więcej pieniędzy, niż zarabiali pod rządami ukraińskimi, jednak wzrost cen szybko zniwelował tę różnicę. Dodaje jednocześnie, że biznes prywatny, oparty głównie na turystyce, jest w stanie całkowitej zapaści. Wcześniej czerpał zyski przede wszystkim z turystów z Ukrainy.
Podwyżki zjedzone przez wzrost cen
Pozytywny efekt wywołany przez podwyżki wypłat i emerytur już dawno się zatarł. Dochody społeczeństwa widocznie spadły. Wcześniej kupowaliśmy ser, teraz kupujemy chleb. Zamiast masła używamy margaryny. I tak jest ze wszystkim - mówi.
Rozmówca PAP podkreśla, że choć wielu zwolenników przynależności Krymu do Ukrainy wyjechało z półwyspu, to wciąż jest tu ich niemało. Odczuwają jednak, że władze w Kijowie zupełnie się nimi nie interesują.
Ukraina odwróciła się od nas. Najgorsze, co zrobiła dla swoich sympatyków, to izolacja, czyli zamknięcie połączeń drogowych i kolejowych z Krymem. Odcięła tym samym komunikację z ludźmi, którzy ją popierają. Ja sam już zapomniałem, kiedy byłem w części kontynentalnej. Ukraińcy na granicy traktują nas jak terrorystów. Jesteśmy podejrzani, bo mamy rosyjskie paszporty, a my przecież zostaliśmy zmuszeni do ich przyjęcia! - nie kryje oburzenia.
Sytuację z przyłączeniem Krymu do Rosji i z obecną sytuacją mieszkańców półwyspu Oleg porównuje z rejsem Titanica. Udało się nam wskoczyć na odpływający statek, którego rejs zakończy się katastrofą prognozuje.
Czytaj dalej: akt samostanowienia Krymu - wątpliwy, nielegalny?
Choć Moskwa przedstawia zeszłoroczne referendum na Krymie jako akt samostanowienia, po którym nastąpiło przyłączenie półwyspu do Rosji, to w świetle prawa międzynarodowego ten akt samostanowienia jest wątpliwy - mówi Szymon Kardaś z Ośrodka Studiów Wschodnich.

Jeśli patrzymy pod kątem kolizji między zasadą samostanowienia a zasadą poszanowania integralności terytorialnej, to w prawie międzynarodowym nie ma bardzo jednoznacznych kryteriów, na podstawie których można by ustalić, kiedy tak naprawdę mamy do czynienia z sytuacją, w której uznajemy, w sposób uniwersalny, prawo do samostanowienia, a kiedy bezwzględnie powinniśmy trzymać się zasady poszanowania integralności terytorialnej - zastrzegł politolog.
Ale jednocześnie w doktrynie prawa międzynarodowego wypracowano pewne kryteria dotyczące samostanowienia. Jeśli one występują, to - jak wskazał ekspert - mogą być brane pod uwagę jako punkt odniesienia przez państwa, które decydują, czy uznać akt samostanowienia danego terytorium. Są to trzy kryteria: etniczne, kryterium naruszeń praw człowieka i kryterium najlepszego rozwiązania konfliktu.
Kryterium etniczne oznacza, że mamy do czynienia z jakąś zbiorowością, która ma świadomość odrębności etnicznej w stosunku do innych zbiorowości () i w związku z tym zamierza zrealizować tę swoją odrębność w formie niezależnego bytu państwowego. Ludność Krymu to Rosjanie, Ukraińcy, Tatarzy - nie ma tutaj mowy o jakimś etnicznie odrębnym podmiocie - tłumaczy Kardaś. I chociaż strona rosyjska używała pojęcia Krymczanie wskazując na jakiś odrębny byt etniczny, to tak naprawdę z odrębnością etniczną nie mamy do czynienia, więc to kryterium nie jest spełnione - zauważył analityk.
Kryterium naruszeń praw człowieka również nie jest spełnione, dlatego że nie było żadnych sygnałów wskazujących na to, że ludność zamieszkująca Krym napotyka jakiegoś rodzaju dyskryminację ze strony władz centralnych w Kijowie, czy ze strony jakichkolwiek innych organów władzy, które rozciągały swoje zwierzchnictwo nad Krymem. To Rosjanie wykreowali sztuczne poczucie zagrożenia między 20 lutego a 16 marca 2014 r., kiedy doszło do referendum, wspierając tworzenie lokalnych oddziałów samoobrony i tworząc wrażenie, że jest jakieś zagrożenie dla bezpieczeństwa ludzi zamieszkujących Krym ze strony nowych władz w Kijowie, ukonstytuowanych po obaleniu prezydenta Wiktora Janukowycza - powiedział Kardaś.
Zdaniem eksperta i w świetle trzeciego kryterium - najlepszego rozwiązania konfliktu - przypadek Krymu budzi bardzo poważne wątpliwości.
Kiedy społeczność międzynarodowa w jakiejś swojej większości uznaje prawo jednostki geopolitycznej do tego, by była samodzielnym państwem odrywając się od terytorium innego państwa, to zwykle dotyczy to sytuacji, kiedy rzeczywiście istniał pewien konflikt między zbiorowością zamieszkującą jakiś kraj a władzami centralnymi - wyjaśnił ekspert OSW. Jak dodał, są to sytuacje, kiedy po wielu latach wysiłków zmierzających do rozwiązania politycznego okazuje się, że tego konfliktu nie uda się rozwiązać inaczej jak w formie ogłoszenia niepodległości, oderwania się i utworzenia samodzielnego bytu państwowego. Jednak w przypadku Krymu to kryterium nie jest spełnione - ocenił.
Rosja powołuje się na precedens Kosowa
Przypomniał, że strona rosyjska odwołuje się do przypadku Kosowa. Jednak w przypadku Kosowa mieliśmy do czynienia z procesem politycznym, który trwał prawie dziesięć lat, zanim doszło do ogłoszenia niepodległości w 2008 roku, która była później uznana przez część - i to niemałą - społeczności międzynarodowej. W przypadku Krymu ta analogia nie występuje - podkreślił Kardaś.
Jeśli przyjmiemy, że całą operację akcesyjną czy aneksyjną rozpoczęto 20 lutego 2014 roku, a sfinalizowano 18 marca, to trudno jest mówić o tym, że wyczerpano drogę rozwiązania politycznego konfliktu - nawet, gdyby on był; chociaż wiemy doskonale, że między ludnością Krymu a władzami w Kijowie takiego konfliktu politycznego, uzasadniającego prawo do realizacji prawa do samostanowienia, nie było - dodał ekspert.
Kardaś zwrócił uwagę, że ostateczna decyzja co do tego, czy ogłoszenie niepodległości przez jakąś jednostkę geopolityczną zasługuje na to, by w oczach świata stała się ona niepodległym państwem, czy też nie, należy zawsze do państw. Jest to przewidziana w prawie międzynarodowym instytucja uznania międzynarodowego.
To państwa w trybie jednostronnym dokonują aktu ewentualnego uznania jakiejś jednostki geopolitycznej za państwo, nadając mu tym samym znaczenie prawne - podkreślił ekspert. W przypadku Krymu na uznanie referendum i przyłączenia półwyspu do Rosji zdecydowały się dotąd nieliczne inne państwa: Afganistan, Armenia, Wenezuela i Syria.
Gdy patrzymy na to w skali globalnej, to społeczność międzynarodowa w swojej zdecydowanej większości tej aneksji nie uznaje - podsumował Kardaś.
Przypomniał, że brak uznania wielu krajów dla aneksji przybrał postać sankcji wobec Krymu i jego władz.
Czytaj dalej: wielu mieszkańców wciąż wierzy, że Krym wróci do Ukrainy
Wielu mieszkańców Krymu wciąż wierzy, że kiedyś wróci on do Ukrainy, i to szybciej niż można by przypuszczać - mówi w rozmowie z PAP Refat Czubarow, przewodniczący Medżlisu, organu samorządu Tatarów krymskich, któremu Rosja zakazuje wjazdu na półwysep.

Gdy rok temu uzbrojeni ludzie zajęli parlament Autonomicznej Republiki Krymu w Symferopolu, nikt nie przypuszczał, że zapoczątkują rosyjską okupację półwyspu, a Tatarzy ze zdumieniem patrzyli, jak ukraińskie wojsko nie stawia oporu wobec Rosjan - dodaje Czubarow. Tatarzy stanowią 12 proc. ludności Krymu.
PAP: Kiedy po raz ostatni był pan w swoim domu na Krymie?
Refat Czubarow: Pod koniec czerwca 2014 r. Z Krymu pojechałem do Azerbejdżanu na posiedzenie Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE. Po powrocie na Ukrainę przeprowadziłem posiedzenie Medżlisu, które odbyło się już poza Krymem, w Heniczesku w obwodzie chersońskim i próbowałem wjechać na półwysep 5 lipca. Na tzw. granicy wręczono mi pismo, w którym ostrzeżono mnie przed uprawianiem działalności ekstremistycznej. Powiedziałem, że pozwę ich do sądu i chciałem kontynuować podróż, jednak zostałem otoczony przez żołnierzy i zatrzymany. 40 minut później przyjechała inna grupa ludzi na czele z zastępcą krymskiej filii rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa, który przekazał mi zawiadomienie o zakazie wjazdu na Krym.
PAP: To jednak działo się już po formalnym przyłączeniu Krymu do Rosji. Aneksję zapoczątkowało zajęcie przez tzw. zielone ludziki parlamentu w Symferopolu. Jak wspomina pan ten czas?
R.Cz.: Nikt z nas nie był gotowy na taki rozwój wydarzeń. Przez pierwszy tydzień panowało straszliwe napięcie. Zaczęliśmy rozumieć, że nawała, która nadciąga nad Krym, wykorzysta dla usprawiedliwienia swojej agresji wszelkie możliwe środki. Zaczęliśmy się obawiać głoszonych przez (prezydenta Rosji Władimira) Putina haseł o potrzebie obrony praw ludności rosyjskojęzycznej. Docierały do nas sygnały, że obrońcy tych praw mogą organizować napaści na miejsca zamieszkane przez Tatarów. Zagrożenie było realne: w tym czasie na Krymie pojawili się rosyjscy Kozacy, wielu z nich miało broń. Nie wierzyliśmy jednocześnie, że taka sytuacja może trwać długo. Nikt zresztą w to nie wierzył. Pozostawałem wówczas w stałym kontakcie z ambasadorami państw zachodnich na Ukrainie i wszyscy prosili mnie, byśmy nie podejmowali żadnych kroków i nie poddawali się prowokacjom, bo świat wkrótce znajdzie rozwiązanie tej sytuacji.
PAP: Jaka sytuacja panuje na Krymie obecnie? Co mówią pańscy rodacy, którzy tam pozostali?
R.Cz.: Tatarzy krymscy byli jedyną zorganizowaną wspólnotą, która otwarcie i masowo wystąpiła przeciwko wprowadzeniu na Krym rosyjskich wojsk. Całkowicie zbojkotowali referendum o przyłączeniu Krymu do Rosji i zwracali się o pomoc do organizacji międzynarodowych. Teraz za to płacimy, gdyż władze rosyjskie takiego zachowania nie wybaczają i starają się rozprawić z nami, w pierwszej kolejności atakując nasze organy, w tym Medżlis. Wywierane są naciski na muzułmańskich duchownych, nasi działacze są porywani i stają przed rosyjskimi sądami. Panuje otwarty terror. Ponad 130 Tatarów ukarano sądownie tylko za to, że 3 maja ub. roku zgromadzili się na granicy Krymu, by powitać (przywódcę Tatarów krymskich) Mustafę Dżemilewa. Aresztowano Achtema Czyjhoza, mego zastępcę w Medżlisie. Nowe władze Krymu starają się jednocześnie przekupywać Tatarów, by mieć możliwość pokazania światu, że znajdują porozumienie ze wszystkimi, w tym z nami.
PAP: Czy wobec takiej polityki wielu Tatarów zdecydowało się na opuszczenie Krymu?
R.Cz.: Oficjalne statystyki prowadzone przez administracje obwodowe w kontynentalnej części Ukrainy mówią o ok. 20 tysiącach ludzi, którzy wyjechali w obawie o swoje bezpieczeństwo. Połowa z nich to Tatarzy. Ten proces wciąż trwa. Wyjeżdżają głównie młodzi, którzy przenoszą się na uczelnie na Ukrainie. Rodzice odsyłają z Krymu chłopców, gdyż obawiają się, że zostaną wezwani na służbę w rosyjskiej armii. Dzieje się tak mimo naszych apeli, by nie poddawać się i pozostawać na swojej ziemi.
PAP: 26 marca ub. r., dzień przed zajęciem parlamentu w Symferopolu, Tatarzy zorganizowali tam ogromną demonstrację na rzecz jedności z Ukrainą. Wielu uważało wówczas, że to wy będziecie główną osią oporu wobec sił prorosyjskich. Tak się jednak nie stało.
R.Cz.: Nikt nie był wtedy gotowy na otwartą agresji ze strony Rosji. Gdy mówiliśmy, że nie zgodzimy się na okupację, wychodziliśmy z założenia, że Ukraina będzie broniła swoich granic. Zszokowani patrzyliśmy, jak kilkanaście tysięcy doskonale wyszkolonych ukraińskich żołnierzy na Krymie nie okazuje wobec Rosjan żadnego sprzeciwu. Tatarzy nigdy nie walczyli o swoje prawa, używając przemocy, i nigdy tego nie planowali. Nie mogliśmy przecież wyjść z widłami czy pałkami przeciwko ordzie, która dysponuje najnowocześniejszą bronią. Dałoby to jej możliwość wyniszczenia naszego narodu.
PAP: Czy planuje pan powrót na Krym? Kiedy może to nastąpić?
R.Cz.: Stanie się to o wiele wcześniej, niż przypuszczaliby niektórzy w Symferopolu i w Moskwie. Wrócę nie tylko ja, ale i tysiące krymskich Tatarów oraz inni ludzie, którzy nie godzą się dziś z rosyjską okupacją Krymu. Nie mogę jednak wymienić konkretnej daty. Wrócimy, kiedy Zachód zrozumie, że broniąc Ukrainy, broni siebie, kiedy zastosuje wobec Rosji najostrzejsze sankcje i osłabi ją tak, jak to tylko możliwe. Oczekujemy, że Zachód wzmocni nasze bezpieczeństwo poprzez dostawy broni i pomoże ukraińskiej gospodarce. Ukraina musi nie tylko przetrwać toczącą się obecnie wojnę, ale i podjąć działania, które wzmocnią wiarę ludzi we własne siły. Bez wsparcia Zachodu będzie to niemożliwe.
PAP: Czy liczycie także na wsparcie Polski?
R.Cz.: Polska należy do państw Unii Europejskiej, które w związku ze swoim położeniem geograficznym i doświadczeniem historycznym nie mogą pozwolić sobie na powielanie błędów z przeszłości. Polska, kraje bałtyckie i w pewnym stopniu także Rumunia, mobilizują pozostałych do działania, mobilizują ducha europejskiego. Nie przeciw Rosji, lecz przeciw imperializmowi. Oczekujemy, że będzie to nadal trwało.
Rozmawiał w Kijowie Jarosław Junko (PAP)
jjk/ cyk/ kar/































































