25 stycznia 2017 roku byliśmy świadkami historycznego wydarzenia. Średnia przemysłowa Dow Jonesa (DJIA) po raz pierwszy w dziejach osiągnęła poziom 20 000 punktów. Jednakże tego typu „kamienie milowe” zwykły poprzedzać ostry zakręt na ścieżce Dow Jonesa.
Długo wyczekiwane 20 000 punktów na najstarszym giełdowym indeksie świata padło na początku środowej sesji. Osiągnięcie tego okrągłego poziomu wywołało entuzjazm wśród amerykańskich inwestorów. Jednakże po analizie danych historycznych można dojść do wniosku, że raczej nie za bardzo jest się z czego cieszyć.
Na wstępie zaznaczę, że jest to analiza nieco ułomna. Ze względu na bardzo małą i dość subiektywnie przyjętą próbę trudno o wyciągnięcie mocnych statystycznie wniosków pozwalających zaplanować strategię inwestycyjną. Jednakże moim zdaniem jest coś na rzeczy w tym, że po osiągnięciu okrągłych rekordów w kolejnych latach amerykański rynek akcji spisuje się słabo, albo wręcz tragicznie słabo.
Okrągły poziom kończy hossę
Pierwszą „setkę” w wykonaniu Dow Jonesa mogli obserwować nasi pradziadowie w styczniu 1906 roku. Jak się wkrótce miało okazać, był to szczyt hossy, w trakcie której Dow Jones podwoił swoją wartość w ciągu 2,5 roku. Po raz kolejny trzycyfrowego DJIA udało się zaobserwować tylko przez kilka sesji w 1909 roku. Na trwały powrót powyżej stu punktów trzeba było poczekać aż do roku 1916.
W tym wypadku „kamień milowy” okazał się zdradliwy. Kupno akcji w tym momencie oznaczało stratę 5% w ciągu następnych stu sesji i utratę aż 30,5% po upływie 400 sesji. Do takich strat doprowadził kryzys finansowy, który przeszedł do historii pod nazwą „Paniki roku 1907”. Ktoś, kto kupił na „stupunktowej” górce, został „inwestorem długoterminowym”.

Na kolejne podwojenie średniej przemysłowej Dow Jonesa trzeba było czekać kolejne 10 lat. Dopiero w grudniu 1927 r. DJIA po raz pierwszy w historii przekroczył wartość 200 pkt., rosnąc aż do 381 pkt. w sierpniu 1929. Giełdowy kac po szaleństwach lat 20. był tak potężny, że nazwano go Wielkim Kryzysem. Trzy lata później – w lipcu 1932 – DJIA dołował na niespełna 43 punktach, co oznaczało stratę prawie 89%! DJIA przewyższył szczyt z roku 1929 dopiero w listopadzie 1954 r.
Kolejnym „kamieniem milowym” była psychologiczna granica tysiąca punktów osiągnięta w styczniu 1973 roku. Podobnie jak w roku 1906 równy poziom praktycznie wyznaczył szczyt pokoleniowej hossy, rozpoczynając dekadę giełdowej dekoniunktury. Po 200 sesjach od pierwszego kontaktu z 1000 pkt. DJIA stracił 10,7%, a po 400 strata wzrosła do 17,7%. Dołek bessy rozpoczętej tuż po osiągnięciu tysiąca punktów wypadł w grudniu 1974 na wysokości 570 pkt.
Dow Jones powrócił do wartości czterocyfrowych już w marcu 1976 roku, ale na poprawienie szczytu ze stycznia 1973 inwestorzy musieli czekać aż do listopada 1982 roku. Dodajmy, że w latach 70. w USA szalała dwucyfrowa inflacja, która w kategoriach realnych druzgotała portfele giełdowych inwestorów.
Strzeż się "kamieni milowych"
Po powrocie do tysiąca punktów rozpoczęła się megahossa lat 80. i 90. Wystarczyło niespełna 17 lat, aby Dow Jones wzrósł 10-krotnie, 29 marca 1999 roku po raz pierwszy dotykając 10 000 punktów. Nastroje na Wall Street były wtedy jeszcze bardziej euforyczne niż obecnie. Ostatni kryzys finansowy w USA znany był tylko z opowieści dziadków, trwała bańka internetowa, a „nowa gospodarka” miała odesłać do lamusa fabryki, kopalnie i cały tradycyjny biznes. Jak bardzo się wtedy mylono, przekonaliśmy się już rok później. W styczniu 2000 roku DJIA zameldował się z rekordem 11 750 pkt., by przez następne 34 miesiące spaść o 39%. Ale do strefy pięciocyfrowej powrócił już w grudniu 2003 roku, a więc znacznie szybciej niż w przypadku powrotu do setki i tysiąca punktów.
W wielkiej kredytowej hossie lat 2003-07 Dow Jones dotarł do „zaledwie” 14 198 pkt. i żadnych „kamieni milowych” po drodze nie minął. Dopiero osiągnięte 25 stycznia 2017 roku 20 000 punktów stało się okazją do odkorkowania szampanów i założenia specjalnie przyszykowanych czapek.
Jeśli jednak historia miałaby się powtórzyć, to inwestorzy nie bardzo mają się z czego cieszyć. Co prawda 20 000 nie jest potęgą 10, ale w dwóch na trzech podobnych okazjach w przeszłości osiągnięcie tak okazałego poziomu zapowiadało rozpoczęcie wieloletniej bessy. Bardziej optymistyczny jest scenariusz z końcówki XX wieku – w tym przypadku przed nami jeszcze 200 sesji hossy, choć „do wyjęcia” pozostałoby już maksymalnie 15%.
Jak rynek zareaguje tym razem, tego nie wiem. Wiem jednak, że amerykańskie akcje są wręcz skrajnie przewartościowane. Zakup indeksu S&P 500 przy obecnych wycenach (c/z rzędu 26) w przeszłości zawsze skutkował bardzo słabymi stopami zwrotu w następnych latach. Ale może tym razem będzie inaczej? Nawet jeśli, to bałbym się postawić na taki scenariusz.
Krzysztof Kolany































































