Wystarczyło kilka dni, by inwestorzy zapomnieli o ryzyku recesji, wojnie handlowej z Chinami oraz napięciach geopolitycznych. Iskra optymizmu padła na podatny grunt, wywołując wzrosty na Wall Street oraz silne spadki cen srebra i złota, a także obligacji skarbowych.


„Wojna handlowa? Jaka wojna?!” – zdawał się w czwartek krzyczeć rynek finansowy. A jaki był ku temu pretekst? Otóż pojawiła się informacja, że za miesiąc przedstawiciele rządów USA i ChRL spotkają się w Waszyngtonie na kolejnej rundzie rozmów handlowych. Naprawdę trudno uwierzyć, że to wywołało taki entuzjazm inwestorów.
Przecież „negocjacje handlowe” między Waszyngtonem i Pekinem ciągną się od ponad roku i póki co wynikają z nich tylko kolejne cła, embarga, zakazy i restrykcje. Zresztą jeszcze kilka dni temu mówiono o powrocie do negocjacyjnego stołu we wrześniu, więc termin październikowy trudno uznać za optymistyczny.
A jednak uznano. S&P500 bez cienia wahania poszedł w górę o 1,3%, bez problemu przełamując kluczowy opór techniczny i z powrotem otwierając sobie drogę ku rekordowi wszech czasów. A to wszystko w sytuacji, gdy światowa gospodarka stoi na skraju recesji, a chińsko-amerykański spór handlowy może ją zupełnie wytrącić z równowagi.
- Czy rozmowy się odbędą, czy też nie, to się jeszcze zobaczy. A w kwestii tego, czy będą one produktywne, to jesteśmy sceptyczni. Ale rynek to uwielbia – skomentował Tim Ghriskey, główny strateg inwestycyjny w nowojorskim Inverness Counsel cytowany przez agencję Reuters.

Giełdowym bykom pomogły też dane z gospodarki USA. Przede wszystkim zupełnie nieoczekiwanie wzrósł wskaźnik ISM dla sektora usług, który podniósł się z 53,7 pkt. w lipcu do 56,4 pkt. w sierpniu. Analitycy oczekiwali wyniku na poziomie 54 pkt. Taki odczyt sygnalizuje szybszy wzrost aktywności w sektorze usługowym i to nawet pomimo pierwszej od 3,5 roku kontrakcji w przemyśle. Wyraźnie lepszy od prognoz był też raport ADP, który oszacował wzrost zatrudnienia w sektorze o 195 tys. etatów wobec oczekiwanych 148 tys. Rynek uznał więc, że z gospodarką USA generalnie jest ok. i nie ma się co przejmować kłopotami przemysłu.
Z rynkiem nie warto polemizować. Nawrót apetytu na ryzyko był widoczny gołym okiem. Nie chodzi nawet o chwiejny i naprzemiennie zwyżkujący i zniżkujący o kilka procent rynek akcji. Paniczna wyprzedaż dotknęła bowiem znacznie spokojniejszy rynek długu, na którym rentowności amerykańskich obligacji skarbowych podskoczyły po przeszło 10 punktów bazowych. Na tym rynku to naprawdę spory ruch. Wzrost rentowności oznacza spadek ceny rynkowej obligacji.
W tym samym kierunku co obligacje podążyły cen innych bezpiecznych aktywów. Notowania złota poszły w dół aż o 2,3%, schodząc do 1 525,55 USD za uncję. Dzień wcześniej dolarowy kurs złota osiągnął najwyższy poziom od kwietnia 2013 roku. Jeszcze mocniej – bo o 4,9% - przeceniono srebro, które było absolutnym hitem inwestycyjnym ostatnich tygodni. Biały metal mimo czwartkowej przeceny wciąż jest o 35% droższy niż trzy miesiące temu.
Nie warto się jednak przyzwyczajać do rozstrzygnięć czwartkowej sesji. Albowiem jeszcze przed startem piątkowych notowań w Nowym Jorku na rynek trafi comiesięczny raport o stanie amerykańskiego rynku pracy (ang. non-farm payrolls). To dane na tyle istotne, że jakiś zaskakujący wynik może całkowicie wywrócić sytuację na rynkach finansowych. I to w dodatku w zupełnie nieprzewidywalny sposób.
Krzysztof Kolany




























































