Oficjalne czynniki alarmują, że inflacja w Stanach Zjednoczonych jest „niebezpiecznie niska” i że taki stan rzeczy może skłonić Rezerwę Federalną do wydłużenia ilościowego luzowania polityki pieniężnej (QE). Prawda jest jednak bardziej złożona.
„Najniższą od 53 lat inflacją” w USA straszy internetowy serwis agencji Bloomberga, traktując tę sytuację jako „dzwonek alarmowy dla gospodarki”. Faktem jest, że roczna dynamika amerykańskiej inflacji bazowej CPI spadła w kwietniu do najniższego poziomu od roku 1960. Czyli od momentu, w którym rządowe Biuro Statystyki Pracy (BLS) zaczęło zbierać tego typu dane.
Tzw. inflacja bazowa CPI mierzy wzrost cen koszyka dóbr i usług konsumpcyjnych bez uwzględnienia kosztów żywności, paliw i energii. Czyli zasadniczo wyklucza te dobra, które z reguły drożeją najszybciej, są nabywane codziennie i wzrostu ich cen nie da się ukryć przed społeczeństwem za pomocą sztuczek statystycznych. Ten właśnie wskaźnik jest ulubionym miernikiem inflacji dla wielu banków centralnych, w tym Rezerwy Federalnej.
Roczna dynamika inflacji bazowej CPI w Stanach Zjednoczonych
Źródło: baza danych Rezerwy Federalnej, oddział w St. Louis.
Powszechnie wyznawana we współczesnej ekonomii doktryna Keynesa każe odbierać niską inflację jako „zagrożenie deflacją” i sygnał słabości koniunktury gospodarczej. Dlatego banki centralne w ramach swojej walki o „stabilność cen” wyznaczają sobie cel inflacyjny w postaci kilkuprocentowej inflacji. W Stanach Zjednoczonych od niedawna oficjalnym celem jest 2%.
Inflacja niższa od tego poziomu pozwala nie tylko na spekulacje, że Fed nie ograniczy skali programu drukowania pieniędzy (QE3), czego spodziewa się większość rynkowych ekonomistów. Taki stan rzeczy wręcz otwiera furtkę do zwiększenia ekspansji monetarnej poprzez podniesienie miesięcznego limitu skupu obligacji (obecnie to 85 mld USD). Zwłaszcza że poprzednie rundy „ilościowego luzowania” niemal natychmiast zwiększały inflację bazową w USA, co było jednym z głównych powodów krytyki działań Rezerwy Federalnej.
Lot na zepsutych instrumentach
Problem w tym, że oficjalne miary inflacji CPI w USA dość znacznie odbiegają od rzeczywistej skali tego zjawiska. Metodologia liczenia CPI została poddana silnym modyfikacjom w latach 80. i 90. XX wieku. Przynajmniej od 20 lat amerykański CPI nie jest indeksem cenowym (jak np. w Polsce) i poddawany jest statystycznej obróbce, która zapewne nieprzypadkowo prowadzi do jego zaniżenia.
Inflacja CPI w Stanach Zjednoczonych. 1%, 5% a może 10%?
Źródło: Shadowstats
Według analiz założyciela Shadowstats Johna Williamsa gdyby inflację konsumencką w USA mierzyć taką samą metodologią, jak w latach 80., to od kilku lat wahałaby się ona w granicach 5-7%, a nie 1-4%, jak pokazują oficjalne raporty rządowe. Gdyby zastosować sposób konstrukcji CPI sprzed roku 1982, dynamika cen oscylowałaby w granicach 10% rocznie, co jest poziomem nieakceptowalnym nawet przez współczesną doktrynę polityki monetarnej.
Efektem jest stan, w którym amerykańskie władze, Fed i instytucje finansowe nie widzą (lub udają, że nie widzą) prawdziwej skali inflacji w Stanach Zjednoczonych. A to implikuje bardzo poważne konsekwencje ekonomiczne: od zupełnie niedostosowanych do rzeczywistości stóp procentowych, przez zaniżone świadczenia socjalne, po szybki realny spadek dochodów i oszczędności przygniatającej większości Amerykanów.
Krzysztof Kolany
Bankier.pl


























































