Przed dwoma tygodniami pisałem, że spadek inflacji na początku roku w Polsce jest przejściowy i wkrótce wrócimy do wyższej dynamiki cen konsumpcyjnych. Szybko się to potwierdziło. Inflacja w marcu mocno podskoczyła i wiele wskazuje, że będzie podwyższona przez cały rok. Sięgnęła 3,2 proc. wobec 2,4 proc. w lutym. Przez resztę roku może znajdować się w przedziale 3-4 proc., a może nawet powyżej.


Podwyższona inflacja w warunkach wychodzenia z kryzysu jest zjawiskiem korzystnym - z wielu powodów. Pozwala ograniczyć przyrost wskaźników zadłużenia, który był nieunikniony w trakcie ratowania firm w czasie pandemii. Podnosi zyski firm i tym samym przyspiesza ożywienie inwestycji. Nie da się jednak ukryć, że coraz bardziej aktualne staje się pytanie, jaki jest punkt przegięcia, powyżej którego korzyści zaczną blednąć w relacji do kosztów. Kiedy powinniśmy zacząć się obawiać o nadmierny wzrost inflacji?
Z inflacją jest trochę jak z deszczem: na pytanie, czy deszczu jest za dużo, czy za mało, nie ma jednej dobrej odpowiedzi. Zależy dla kogo i w jakich warunkach. W ekonomii powszechny jest jednak bardzo szeroki konsensus: dynamika cen powinna być stabilna i nie za wysoka. Spróbujmy więc znaleźć wspólny mianownik.
Do odpowiedzi na pytanie, kiedy inflacja staje się za wysoka, można podejść na kilka sposobów.
Pierwsze podejście zakłada, że inflacja powinna być blisko celu banku centralnego, który w Polsce wynosi 2,5 proc. z dopuszczalnymi odchyleniami +/- 1 pkt proc. Jeżeli inflacja jest blisko celu, to bezpieczny jest najważniejszy czynnik stabilizujący ceny w długim okresie – oczekiwania inflacyjne. Dynamika cen zależy bowiem od tego, jaka jest relacja między nominalnym popytem a realną zdolnością jego zaspokajania (nazywa się to w ekonomii luką popytową), oraz – co bardzo ważne – od oczekiwań podmiotów gospodarczych dotyczących inflacji w przyszłości. Jeżeli oczekiwania są stabilne, to bank centralny nie musi zbyt mocno manewrować stopami procentowymi, by ustabilizować dynamikę cen. Z tego punktu widzenia inflacja w Polsce zacznie być niebezpieczna, gdy wzniesie się trwale i znacząco powyżej celu. Czyli powiedzmy, gdy na dłużej zagości w okolicach 4 proc. (lub wyżej). Ten scenariusz jeszcze się nie realizuje, ale widnieje gdzieś na horyzoncie.
Drugie podejście zakłada, że inflacja powinna być po prostu bardzo niska – jak najniższa. Im jest ona wyższa, tym gorzej. Czyli deflacja jest lepsza od inflacji, niska inflacja od wysokiej. Jest to dość radykalne podejście, od którego w mainstreamowej ekonomii raczej się odeszło, ale wielu ekonomistów w Polsce wciąż przyjmuje ten punkt widzenia. Wynika to zapewne z faktu, że Polska jeszcze niedawno – w latach 90. – była krajem bardzo wysokiej inflacji i w naszej kulturze zakorzeniło się przekonanie, że wzrost cen jest po prostu zły. Z tego punktu widzenia sytuacja w Polsce jest coraz gorsza. Ceny w kraju rosną, a dodatkowo osłabia się waluta, co wzmaga presję na ich dalszy wzrost.
Trzecie podejście zakłada, że inflacja powinna być wyraźnie dodatnia, ale nie za wysoka. Jest to podejście podobne do pierwszego (trzymać inflację blisko celu banku centralnego), ale znacznie bardziej łagodnie traktujące epizody podwyższonej dynamiki cen. Pytanie, co to znaczy „nie za wysoka”? Nie ma niestety dobrej definicji. Za wysoka inflacja to taka, która przestaje odzwierciedlać wysokie tempo wzrostu gospodarczego, a zaczyna być sama w sobie czynnikiem szkodzącym gospodarce - zaburza decyzje inwestycyjne przedsiębiorstw (bo trudno im się zorientować w przyszłej dynamice cen i wysokości stóp procentowych), zubaża obywateli (bo ceny rosną szybciej niż płace), dewaluuje zaufanie do kraju na świecie.
Powiedziałbym, że w polskich warunkach za wysoka byłaby inflacja wynosząca trwale około 5 proc. lub więcej. Byłby to poziom na tyle odstający od normy przyjętej dla podobnych nam krajów i od celu inflacyjnego, że powszechny mógłby stać się brak wiary w dbałość banku centralnego o stabilność cen. Od takiego scenariusza jesteśmy jeszcze daleko.
Myślę, że w banku centralnym dominuje spojrzenie pierwsze i trzecie. Pierwsze jest doktryną oficjalną, trzecie - przekonaniem dominującym faktycznie. To oznacza, że rzeczywiście jesteśmy jeszcze daleko od podwyżek stóp procentowych. Gdyby się jednak okazało, że z tego powodu wiarygodność Polski na rynkach ulega erozji, bank centralny pewnie zmieni podejście.
































































