Czysto przypadkowo ogłoszenie przez Główny Urząd Statystyczny danych o wystrzale inflacji cenowej zbiegło się w czasie z rekordowymi notowaniami złota w polskiej walucie. Ale sam fakt, że żółty metal zyskuje w inflacyjnym otoczeniu, przypadkiem już nie jest.


GUS obwieścił w piątek, że inflacja CPI wyniosła w styczniu aż 4,4%, osiągając najwyższą wartość od grudnia 2011 roku. To drugi z rzędu skokowy wzrost inflacji cenowej w Polsce, która w grudniu wyniosła 3,4%, a w listopadzie 2,6%. Zarówno w styczniu jak i w grudniu statystyki GUS przekroczyły oczekiwania większości ekonomistów.
Inflacja wyrwała się spod kontroli banku centralnego. Pomimo narastającej przez OSTATNIE TRZY LATA presji cenowej większość członków Rady Polityki Pieniężnej nawet nie brała pod uwagę możliwości podniesienia stóp procentowych. Nawet w sytuacji, gdy stopa referencyjna NBP od niemal 5 lat utrzymywana jest na rekordowo niskim poziomie 1,50%. Według kierownictwa NBP taka cena pieniądza jest odpowiednia zarówno w warunkach łagodnej deflacji cenowej (ok -1%) jak i inflacji CPI wyraźnie przekraczającej cel (2,5% z akceptowalnym odchyleniem o 1 pkt. proc. w górę i w dół).
Większość w RPP deklaruje, że wierzy w rychły powrót inflacji CPI do celu. Co więcej, są decydenci wprost mówiący o możliwych OBNIŻKACH stóp procentowych w NBP. I to nawet w sytuacji, gdy realna stopa procentowa jest głęboko ujemna i wynosiła w styczniu -2,78%, a w lutym może sięgnąć -3%. W takiej sytuacji zdecydowana większość Polaków nie ma szans obronić oszczędności przed inflacją. Realnie ujemną stopę zwrotu przynoszą bowiem zarówno lokaty bankowe jak i obligacje Skarbu Państwa (zarówno te detaliczne jak i „hurtowe”).
Tak się ciekawie złożyło, że akurat w piątek złotowe notowania złota ustanowiły nowy historyczny rekord. Uncja królewskiego metalu po raz pierwszy we współczesnej historii była warta ponad 6 200 złotych polskich. To interesujące, że wystrzał cen złota w PLN zbiegł się w czasie z publikacjami coraz wyższych odczytów inflacji CPI – jeszcze w połowie grudnia uncja złota kosztowała nieco ponad 5600 zł, czyli o prawie 600 zł mniej niż obecnie.

Tylko od początku 2020 roku ceny złota wyrażone w PLN wzrosły o 7,8% i są już o 23,5% wyższe, niż były rok temu. W ten oto sposób żółty metal kolejny raz spełnił swoją „antyinflacyjną” funkcję, chroniąc swojego posiadacza przed spadkiem siły nabywczej pieniądza. Bo tak naprawdę to nie złoto drożeje, lecz fiducjarny pieniądz (USD, EUR czy PLN) traci na wartości.
Przeczytaj także
Złoto nie jest ani najlepszym, ani jedynym zabezpieczeniem przed inflacją. Historia zna okresy, gdy ceny złota malały, mimo że inflacja miała się całkiem dobrze. Ale w długim terminie (liczonym w latach i dekadach) żółty metal utrzymywał siłę nabywczą nieporównywalnie lepiej niż jakakolwiek waluta emitowana przez państwo. Zatem ten, kto w poprzednich latach uzupełnił swój portfel inwestycyjny o rozsądną ilością kruszcu, ten może teraz „odcinać kupony” (choć złoto takowych rzecz jasna nie wypłaca) od swojej inwestycji.
Nie chciałbym przez to powiedzieć, że teraz należy pognać do najbliższego dilera i zamienić wszystkie oszczędności na złote sztabki i monety. To byłoby bardzo nierozsądne. Sens inwestowania w złoto obliczony jest na długi i bardzo długi termin i polega na pasywnym trzymaniu żółtego metalu, a nie na okazjonalnej spekulacji w oczekiwaniu na wyższe ceny za rok czy za dwa.
Rzecz w tym, że dodanie złota do długoterminowego portfela inwestycyjnego (obok akcji, obligacji, nieruchomości, gotówki, etc.) zapewnia dodatkowy element bezpieczeństwa, dywersyfikacji i obrony kapitału przed niszczącym wpływem inflacji i decyzji polityków. Nawet wtedy, gdy bank centralny sprzeniewierza się swojej statutowej roli „ochrony wartości pieniądza”, złoto zawsze jest na posterunku. I w warunkach realnie ujemnych stóp procentowych zwykło radzić sobie całkiem nieźle.


























































