Po czerwcowych zwyżkach indeks S&P500 znalazł się 20% powyżej zeszłorocznego dołka. Według amerykańskich standardów mamy więc do czynienia z nową hossą. Problem w tym, że jest ona napędzana przez bardzo nieliczną grupę spółek.


Wygląda na to, że 13 października 2022 roku amerykański rynek akcji wyznaczył dno bessy. Była to pamiętna sesja, którą S&P500 rozpoczął od spadku o 2%, a zakończył wzrostem aż o 2,6%. Tak Wall Street zareagowała na dane o rekordowo wysokiej inflacji bazowej w USA. Był to jednak moment przełomowy zarówno dla inflacji CPI (która od października zaczęła spadać), jak i dla indeksu S&P500, który od tamtej sesji już nigdy później nie znalazł się niżej.
Jeśli jednak pominiemy zawirowania z 13 października i spojrzymy na rynek przez pryzmat kursów zamknięcia, to od 12 października (3 577,03 pkt.) do zeszłego piątku (4 298,86 pkt.) S&P500 odnotował zwyżkę o niespełna 20,2%. W Ameryce umownie definiują hossę jako wzrost głównego indeksu o przynajmniej 20% od dołka bessy. Posiłkując się tą popularną metryką, na Wall Street znów oficjalnie mamy rynek byka.
Kulawy byk
S&P500 właśnie wyrównał lokalne maksimum z sierpnia ’22 i dotarł do 61,8% zniesienia zeszłorocznej bessy. Na dość wykupionym rynku byłby to dobry moment do rozpoczęcia jakiejś korekty. Tym bardziej że niedźwiedziom sprzyjają sezonowe trendy, w ramach których okres od początku maja do końcówki października statystycznie jest słaby dla rynków akcji. Tym razem jednak na przekór staremu powiedzonku („Sell in May nad go away”) Wall Street rosło w sezonowo słabym maju.
Wielu analityków ma jednak problem z uznaniem ostatniego ruchu wzrostowego za pełnoprawną hossę. Po pierwsze odbywa się on podczas mocnego cyklu podwyżek stóp procentowych w Rezerwie Federalnej oraz ilościowego zacieśnienia (QT) polityki pieniężnej w USA. Po drugie już cała gama wskaźników wyprzedzających świeci się na czerwono, ostrzegając przed nadejściem recesji w największej gospodarce świata.

Ale chyba najwięcej kontrowersji budzi fakt, że cała tegoroczna hossa jest dziełem zaledwie kilku spółek. To trochę tak, jakby giełdowy byk galopował tylko na jednej nodze. Wystarczy spojrzeć na zachowanie głównych amerykańskich indeksów. S&P500 od początku roku zyskał prawie 12% po tym, jak w roku ubiegłym spadł o prawie 20%. Ale już zrzeszający 30 blue chipów Dow Jones jest na plusie o zaledwie 2,2% (po utracie 8,8% w 2022 roku).
Całą hossę „robi” więc Nasdaq Composite, który od początku stycznia wzrósł już o prawie 27% (po -33% w 2022 r.). Jeszcze lepiej wypada Nasdaq100 (czyli ograniczony do stu największych spółek notowanych na Nasdaqu), który dał zarobić prawie 33%. Z tym rezultatem kontrastują osiągnięcia „szerokiego” rynku akcji w Stanach Zjednoczonych. Zrzeszający mniejsze spółki indeks Russell2000 od początku roku zyskał tylko 5,5% (po -21% w roku ubiegłym).
Równie mizernie wypada wersja indeksu S&P500, w której każda spółka ma identyczny udział w koszyku (Equal Weighted). Ten benchmark od początku roku podniósł się zaledwie o 2,4% i 9 czerwca notowany był o niespełna 14% powyżej październikowego dna. Co więcej, S&P 500 Equal Weight szczyt odbicia wyznaczył na początku lutego. W tym ujęciu żadnej hossy na Wall Street nie widać.
Banda „siedmiu wspaniałych”
I tu dochodzimy do sedna sprawy. Otóż cała ta „indeksowa hossa” na nowojorskich parkietach jest zasługą garstki wielkich spółek technologicznych. Akcje Mety (czyli Facebooka) są wyceniane o niemal 116% wyżej niż na początku roku. Stopa zwrotu YTD dla Tesli to 106%, a Nvidii aż 161%. Dalej mamy Amazona (+44%), Netfliksa (+41%), Apple’a (+39%), Google’a (+36%) oraz Microsoft (+34%). W tym zestawieniu szczególne miejsce zajmuje Apple, którego notowania na początku czerwca ustanowiły nowy rekord wszech czasów.
Tak się jakoś dziwnie składa, że wymieniona powyżej siódemka okupuje 7 z 9 pierwszych miejsc lity spółek o największej wartości rynkowej na świecie. Poza nimi w pierwszej dziesiątce najwyżej wycenianych giełdowych spółek globu znajduje się jeszcze tylko Saudi Aramco (pozycja nr 3), kontrolowany przez Warenna Buffetta Berkshire Hathaway (nr 8) oraz tajwański producnet półprzewodników TSMC (nr 10).
Ta technologiczna siódemka obecnie dominuje w popularnych indeksach giełdowych. Przykładowo, w przypadku S&P500 waga tych siedmiu spółek przekracza 27%. I to właśnie te kilka walorów odpowiada za gros zwyżki S&P500 czy Nasdaq Composite w ostatnich sześciu miesiącach. Natomiast cała reszta amerykańskiego rynku akcji pogrążona jest w marazmie, który przy najlepszych chęciach można traktować co najwyżej jako trend boczny. Ale z cała pewnością nie da się tego uznać za hossę.
Reasumując, od kilku miesięcy na Wall Street widzimy potężną hossę (bańkę?) w przypadku dosłownie garstki wielkich spółek technologicznych. Skala tej zwyżki oraz waga tych spółek w indeksach jest tak znacząca, że same pchają one w górę Nasdaqa oraz S&P500. Jednakże tzw. szeroki rynek póki co nie potwierdza „byczego” zwrotu na amerykańskich giełdach, trudno więc mówić o zdrowej i powszechnej hossie.




























































