"Financial Times" donosi, iż rząd Grecji szykuje się do ogłoszenia niewypłacalności. Ateny oficjalnie dementują, co czyni tę informację dość wiarygodną. Trudno powiedzieć, czy to kolejny blef Greków, czy tym razem Cipras i spółka nie żartują.



„Doszliśmy do końca drogi... Jeśli Europejczycy nie uwolnią gotówki z bailoutu, to nie będzie alternatywy dla bankructwa” - miało powiedzieć reporterowi gazety „Financial Times” źródło w greckim rządzie.
Od lutego Grecja zmaga się z brakiem gotówki. Rząd w Atenach ma pieniądze na bieżące funkcjonowanie państwa, ale brak mu środków na spłatę rat wobec zagranicznych wierzycieli, w tym przede wszystkim dla Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Cztery dni temu Grekom z trudem udało się zebrać ok. 450 mln euro na spłatę raty na rzecz Funduszu.
Zobacz także
Tylko w maju i czerwcu Ateny będą musiały oddać Funduszowi ponad 2,3 mld euro. Po drodze są jeszcze terminy zapadalności bonów skarbowych opiewających na 10,4 mld euro. Nie ma szans, aby Grecja spłaciła te długi bez zaciągania nowych zobowiązań. A ponieważ kraj jest odcięty od międzynarodowych rynków finansowych, jedynymi pożyczkodawcami pozostają kraje strefy euro.
Problem w tym, że skrajnie lewicowy rząd Aleksisa Ciprasa domaga się zakończenia unijnej kurateli. Przez ostatnie 5 lat podatnicy strefy euro i MFW pożyczyli Grecji ponad 240 mld euro, w zamian domagając się reform gospodarczych i oszczędności budżetowych. Lewicowcy z Syrizy w styczniu doszli do władzy pod hasłem zerwania z dyktatem tzw. trojki (czyli biurokratów z MFW, EBC i Komisji Europejskiej).

Mówiąc wprost: greccy socjaliści chcieliby od Niemców kolejnych miliardów euro, w zamian oferując nic, albo prawie nic. Już teraz wiadomo, że grecki dług (ok. 175% w relacji do PKB) jest niespłacalny i prędzej czy później w jakiejś części zostanie umorzony. Teraz gra idzie o to, kto zostanie na lodzie: MFW czy europejski podatnik.
Niewypłacalność Grecji byłaby „szokiem” dla strefy euro i miałaby daleko idące konsekwencje polityczne oraz gospodarcze. Oficjalny default na długu wobec MFW niemal automatycznie odcinałoby greckie banki od kroplówki z EBC, co postawiłoby rząd w Atenach przed wyborem: plajta systemu finansowego albo opuszczenie strefy eur.
Tyle że nikt tego nie chce. Ani Niemcy, ani KE, ani tym bardziej Ateny. Dla rządu Ciprasa realizacja obietnic wyborczych („nie” dla oszczędności i „tak” dla euro) oznaczałoby gwałtowną recesję i skokowy wzrost bezrobocia. Zaś przyjęcie warunków narzuconych przez Berlin i Brukselę to dla Ciprasa utrata twarzy i polityczne samobójstwo. Z drugiej strony deklaracje Eurogrupy, odgrażającej się że nie da Grecji pieniędzy bez reform, są już tak wyświechtane, że mało kto w nie wierzy.
Negocjacje z trojką prowadzi ekspert od teorii gier, grecki minister finansów Janis Warufakis. Stąd też biorą się przypuszczenia, że Grecy straszą swą nieprzewidywalnością tylko po to, aby otworzyć portfele niemieckich i francuskich wierzycieli. Ostatecznie wszystkim chodzi tylko o dwie rzeczy: o władzę i o pieniądze.
Krzysztof Kolany






























































