Pomimo nowej poważnej wojny na Bliskim Wschodzie, trwającego od lat krwawego konfliktu na Ukrainie i zwiększania wydatków na siły zbrojne przez europejskich partnerów NATO, akcje europejskich spółek zbrojeniowych od połowy stycznia pozostają zadziwiająco na zasadniczo niezmienionym poziomie. Wszystko przez rewizję inwestorów, dla których sama wojna przestała być “casus beli” do zakupów, a którzy poszukują dowodów na to, że zwiększona sprzedaż przekłada się realnie na wzrost zysków.


Sektor zbrojeniowy na Starym Kontynencie, ale nie tylko, znajduje się w stagnacji po niemal podwojeniu wycen w zeszłym roku i osiągnięciu rekordowego poziomu na początku 2026 roku. Co prawda pod koniec lutego, kiedy wybuchła wojna w Iranie, krótkotrwale odbił się i złapał wiatr w żagle, ale chwilę później ugrzązł pomiędzy presją wydatkową (państwa unijne zwiększyły budżety obronne od 2020 roku o ponad 63 proc.) a globalną wyprzedażą na rynkach.
Wyniki są świetne, ale popyt przerasta podaż
Sektor zbrojeniowy to obecnie, a w zasadzie dotychczas, gorące europejskie bułeczki. Od lutego 2022 roku indeks STOXX Europe Aerospace & Defense wzrósł o przeszło 245%, a notowania akcji osiągają obecnie dwukrotnie wyższy wskaźnik prognozowanych zysków w stosunku do szerszego indeksu Stoxx Europe 600.
Pytaniem jest jednak czy spółki zdołają uzasadnić te poziomy. Zwłaszcza w obliczu ogromnych koszyków zamówień i goniących terminów oraz presji na opracowywanie nowych rozwiązań w związku z ciągle zmieniającym się charakterem działań zbrojnych, które od początku wybuchu wojny w Ukrainie przeszły zasadniczo już przez trzy nowe fazy.
To pytanie, mniej więcej od października zeszłego roku, wyraźnie rysuje się na wykresie. Dotychczasowy, niemal nieprzerwany rajd wzrostowy wyraźnie wyhamował, ustępując miejsca podwyższonej zmienności. Obecnie notowania poruszają się w dość szerokim przedziale. Wyraźnym oporem pozostają historyczne maksima z początku 2026 roku, zlokalizowane w okolicach 3050–3100 punktów, z kolei kluczowe wsparcie rysuje się w strefie 2700–2750 punktów, gdzie strona popytowa w ostatnim czasie kilkukrotnie się uaktywniała, powstrzymując głębsze spadki do dołka z końcówki zeszłego roku - który obecnie, jeszcze, pozostaje barierą psychologiczną.

Zbrojeniowa gwiazda, która złapała zaćmienie
Zmiana nastrojów widoczna jest przede wszystkim wśród benjaminków. Czechoslovak Group (CSG), które zaliczyło kapitalny debiut na parkiecie w Amsterdamie, osiągając w dniu pierwszej sesji ponad 30-procentowe wzrosty i kapitalizację na poziomie 43 miliardów dolarów, a więc przewyższając wyceny chociażby koncernu SAAB czy włoskiego Leonardo, lekko przybladło.
Od popremierowych szczytów kurs osunął się obecnie do poziomu 28,35 euro. To spadek o blisko 14%. W ślad za tym stopniała oczywiście gigantyczna kapitalizacja spółki – z imponujących 43 miliardów dolarów wyparowało w zaledwie kilka tygodni niemal 6 miliardów, sprowadzając obecną wycenę w okolice 37 miliardów dolarów.
To schłodzenie nastrojów nie jest jednak odosobnionym przypadkiem, ale szerszym zjawiskiem dotykającym debiutantów. Chociaż CSG, w porównaniu na przykład do niemieckiego Gabler Group AG, i tak poradziło sobie stosunkowo dobrze, to jednak analitycy, jak informuje agencja Bloomberga, coraz głośniej zwracają uwagę na wyraźną lukę w wycenie między tym nowo notowanym czeskim producentem amunicji a jego branżowymi konkurentami.
Niemiecki koń, który ciągnie i uciągnąć nie może
Trudności dotykają także gigantów. Rheinmetall, największy niemiecki koncern zbrojeniowy, odnotował spadek po tym, jak przedstawił rozczarowujące prognozy sprzedaży (a nie jak przekonuje poseł Paweł Kukiz po prezydenckim wecie ws. programu SAFE) i to pomimo rekordowego portfela zamówień!, co wzbudziło obawy o realizację długoterminowych celów.
Dzisiejsze poziomy, oscylujące wokół 1600 euro, oznaczają odsunięcie się od maksimów o blisko 20%. Problemy z "wąskimi gardłami" produkcyjnymi skutecznie studzą zapał kupujących, jednak w przypadku Rheinmetall analitycy są wyraźnie w opozycji - argumentując, że obawy wokół producenta m.in. czołgów Leopard są mocno przesadzone. Zespół Morgan Stanley ocenił w niedawnym raporcie, że niemiecki gigant doświadcza obecnie jedynie „tymczasowej luki zaufania”, a fundamentalnie jego akcje wciąż powinny być notowane z premią w stosunku do rynkowych konkurentów.
Skąd zatem te spadki? Odpowiedź przynosi zmiana rynkowego paradygmatu, na którą wskazują analitycy JPMorgan Chase & Co. W nocie badawczej z 11 marca zespół pod kierownictwem Davida Perry'ego trafnie punktuje rynkową ewolucję: „W latach 2022–2025 teza inwestycyjna opierała się na ogromnym potencjale wzrostu w związku z historycznym dozbrojeniem Niemiec. Dziś inwestorzy koncentrują się już wyłącznie na realizacji”. Innymi słowy: czas kupowania marzeń i obietnic minął, nadszedł czas rozliczania spółek z dostarczonego sprzętu i wypracowanej gotówki.
A jak tam za oceanem?
Po drugiej stronie Atlantyku obraz sytuacji wygląda łudząco podobnie. Notowania ETF-a iShares U.S. Aerospace & Defense (ITA), który śledzi indeks Dow Jones U.S. Select Aerospace & Defense, po wyznaczeniu lokalnych szczytów w okolicach 250 dolarów na początku 2026 roku, złapały wyraźną zadyszkę.
Obecny zjazd w okolice 232 dolarów dobitnie pokazuje, że amerykańscy inwestorzy – dokładnie tak samo, jak ich europejscy odpowiednicy – postanowili zdjąć nogę z gazu. Trudno się temu dziwić, jeśli spojrzymy na twarde wskaźniki. Amerykański sektor kosmiczny i obronny jest obecnie wyceniany na poziomie około 33-krotności prognozowanych zysków, podczas gdy mnożnik dla szerokiego rynku wynosi zaledwie 20.
Przy tak wyśrubowanych wycenach, jak zauważa Michael O’Rourke, główny strateg rynkowy w Jonestrading Institutional Services, krótkoterminowa realizacja zysków jest po prostu naturalnym zjawiskiem.
“Dowożenie” to jednak nie wszystko… Problem leży też w technologii
Kwestie czysto finansowe to jednak nie wszystko. Problem sektora leży też w dynamicznie zmieniającym się polu walki, nad którym firmy zbrojeniowe muszą nadążyć, a niekoniecznie sprawnie sobie z tym jeszcze radzą, co budzi niepokój rynków.
Chodzi rzecz jasna o systemy bezzałogowe, zwłaszcza te niskokosztowe, które rzucają wyzwanie tradycyjnemu, drogiemu uzbrojeniu. Jaki jest bowiem sens strącać drona warte kilkadziesiąt tysięcy dolarów (w porywach) rakietą wartą miliony? Rynek zaczyna się więc zastanawiać, kto tak naprawdę wyjdzie z tej technologicznej rewolucji zwycięsko i czy obecni giganci dostosują się do nowych realiów.
Wszystko to sprowadza się do jednego, brutalnego wniosku: miodowe lata dla giełdowej zbrojeniówki bezpowrotnie minęły. Czas kupowania akcji w ciemno, pod same wojenne nagłówki i pompowania wycen politycznymi obietnicami, ustąpił miejsca rynkowemu “sprawdzam”.




























































