Idea sprowadzona do rynsztoka
Sama idea stojąca za EBC była bardzo prosta i przejrzysta. Była to instytucja odpowiedzialna przede wszystkim za utrzymanie stabilnych cen na terenie eurozony. W późniejszym okresie został ustalony konkretny, mierzalny współczynnik - granica 2% inflacji mierzona według Zharmonizowanego Wskaźnika Cen Konsumpcyjnych. Dzięki stabilnej walucie oraz cenom kapitał pieniężny miał trafiać tam, gdzie byłby najlepiej wykorzystany. Ta teoria ma sens i rzeczywiście stabilna waluta oraz poziom cen sprzyjają wzrostowi gospodarczemu. Jednak w dzisiejszym kształcie ECB stało się narzędziem, którym politycy posługują się do ratowania tonącej strefy euro.
Zobacz też: Dlaczego Polska chce wejść do eurotrumny?
Artykuł 101 traktatu ustalającego Wspólnotę Europejską nie pozostawia absolutnie żadnych wątpliwości: „Zakazane jest udzielanie przez EBC lub banki centralne Państw Członkowskich (…) pożyczek na pokrycie deficytu lub jakichkolwiek innych kredytów instytucjom lub organom Wspólnoty, rządom centralnym (…) jak również nabywanie bezpośrednio od nich przez EBC lub krajowe banki centralne ich papierów dłużnych”. W całkowitym zlekceważeniu tego przepisu EBC interweniował na rynku papierów dłużnych krajów PIIGS. To jawne złamanie statutu o dziwo odbyło się bez większego echa, a przez rynki zostało przyjęte jako pozytywna informacja.
Nóż na gardle EBC
Ostatnio mamy dodatkowo do czynienia z pewnym fenomenem: coraz częściej jesteśmy świadkami nacisków na EBC żeby uruchomiło drukarnie i rozpoczęło kreację euro. Możemy spotkać się z wypowiedziami sugerującymi że Niemcy „blokują potrzebne decyzje”. Dodruk euro nie byłby już „tylko” złamaniem wcześniej ustalonego prawa, ale stałby się zaprzeczeniem sensu istnienia tej instytucji w jej pierwotnym obrazie - czyli jako strażnika chroniącego strefę euro przed nadmierną inflacją.
![]() | Co się dzieje ze strefą euro? |
Zobacz też: Europa brnie w sowieckie absurdy
Wielu analityków - w tym Marc Feber - prognozują, że EBC w końcu będzie musiało uruchomić drukarki. Napór nowo wykreowanego pieniądza, który prędzej czy później trafi na rynek, znacząco podniesienie ceny produktów. Jeżeli rzeczywiście do tego dojdzie – społeczeństwo znowu będzie musiało zapłacić za nieodpowiedzialność bankierów i rozrzutnych polityków pożyczających bez końca na bieżącą konsumpcję. Jak widać mało kto potrafi w dzisiejszych czasach wyciągać wnioski z popełnionych wcześniej błędów.
Jedną z najczęściej wymienianych wad projektów gospodarczych wprowadzanych przez Unię Europejską jest to, że tak naprawdę są to projekty polityczne. Europejski Bank Centralny i jego działalność zdaje się potwierdzać tą tezę. Cele, które zostały przed nim postawione, może i ładnie wyglądają na papierze, jednak w realiach rynkowych pozostają całkowicie ignorowane.
Marcin Świerkot
Bankier.pl
Foto PAP



























































