Pod koniec stycznia prezydent USA przypuścił dość chaotyczny atak na dolara, co jednak rynek walutowy przyjął bardzo poważnie. Znając polityczne cele Donalda Trumpa taka antydolarowa retoryka nie powinna nas dziwić. Co więcej, jest ona zbieżna z tym, co widzieliśmy podczas pierwszej kadencji Republikanina.


- Prezydent Trump wygłosił we wtorek wieczorem (28 stycznia 2025 r. – przyp. red.) szereg oświadczeń sugerujących, że jego administracja jest zadowolona z osłabienia USD. Zaznaczył, że uważa ostatni spadek wartości dolara za „wspaniały”, ale „mógłby sprawić, że jego wartość wzrosłaby lub spadła jak efekt jojo” – napisali analitycy Saxo Banku.
Rynek walutowy potraktował te dość luźne dywagacje bardzo poważnie. Doszło wtedy do nagłego przyspieszenia trwającego przez poprzednie kilka dni ruchu wzrostowego na parze euro-dolar. W rezultacie kurs EUR/USD podskoczył z ok. 1,1850 USD do przeszło 1,20 USD, osiągając najwyższą wartość od czerwca 2021 roku. Na gruncie analizy technicznej oznaczało to wybicie wrześniowego szczytu i potwierdzenie trendu wzrostowego, jaki na najważniejszej parze walutowej świata obserwujemy od początku ubiegłego roku.
Analogiczny ruch – tyle że w przeciwnym kierunku – odnotowano na indeksie dolara. Także tam doszło do przebicia wrześniowego dołka i zejścia do najniższego poziomu od trzech lat. Nie zapominajmy przy tym, że „zielony” był największym inwestycyjnym przegranym A.D. 2025, tracąc prawie 9,5% względem koszyka głównych walut wymienialnych. W tym roku indeks dolara zniżkuje już o blisko 2%.
Polityka MAGA lubi słabego dolara
Dla ekonomisty jest dość oczywiste, że polityce gospodarczej forsowanej przez Donalda Trumpa zdecydowanie bardziej sprzyjałby dolar słaby, aniżeli dolar mocny. Osłabienie dolara byłoby spójne z agendą „America first”. Jeśli ekipa Trumpa faktycznie zamierza zredukować deficyt handlowy i sprowadzić produkcję przemysłową z powrotem do USA, to polityce tej sprzyjałoby osłabienie dolara. W końcu to słabsza waluta zwiększa opłacalność eksportu kosztem wyższych cen płaconych przez krajowych konsumentów.
- Częścią szeroko reklamowanego porozumienia „Mar-a-lago” jest osłabienie dolara amerykańskiego w celu zwiększenia konkurencyjności amerykańskiego eksportu i zmuszenia innych mocarstw do płacenia za przywilej korzystania z USD jako globalnej waluty rezerwowej, zamiast absorbowania nadmiernej siły samej waluty (…)Przekonanie, że administracja Trumpa cieszy się z osłabienia dolara amerykańskiego, pogłębiło się w piątek, kiedy Fed w Nowym Jorku „sprawdził” kurs wymiany USD/JPY, co było oznaką, że Stany Zjednoczone chętnie pomogły Japonii w podtrzymaniu jej waluty – napisał John J. Hardy, główny strateg makroekonomiczny w Saxo Banku.

W tym kontekście cała – często nawet niezbyt kulturalna – krytyka poczynań szefa Rezerwy Federalnej w wykonaniu Donalda Trumpa i publiczne nawoływanie do głębszych redukcji stóp procentowych nabiera nowego sensu. Wiadomo, że prezydentowi Trumpowi chodzi przede wszystkim o zmniejszenie kosztów obsługi monstrualnego długu publicznego, ale także o osłabienie dolara. Zresztą inwestorzy chyba już zapomnieli, jak podczas swojej pierwszej kadencji prezydent Donald Trump bezpardonowo naciskał na przewodniczącego Rezerwy Federalnej, aby ten obniżał stopy procentowe. Tymczasem w latach 2017-18 Fed pod wodzą Jerome'a Powella podniósł stopę funduszy federalnych z przedziału 0,25-0,50 do 2,25-2,50 proc. I dopiero w 2019 r. zaczął je obniżać.
Trumpowe déjà vu. Czy podążymy ścieżką z lat 2017-18?
Niekorzystna dla dolara polityka Donalda Trumpa nie jest przy tym zjawiskiem nowym. Dokładnie to samo obserwowaliśmy w pierwszym roku pierwszej kadencji Republikanina. W 2017 roku indeks dolara zanurkował o 10,2%. Wynik zeszłoroczny (-9,5%) jest zatem łudząco podobny. Co więcej, jeśli nałożymy na siebie trajektorię indeksu dolara od momentu wyborów prezydenckich w 2016 roku z tą z poprzednich 14 miesięcy, to podobieństwo jest wręcz uderzające.
Stawiając sprawę czysto teoretycznie i w oderwaniu od wszystkich czynników natury fundamentalnej, to na bazie powyższej analogii już w połowie lutego powinniśmy zobaczyć wieloletnie minimum indeksu dolara i szczyt na parze euro-dolar. Wprawdzie dołek ten miałby być „ubijany” przez kolejne dwa miesiące (mniej więcej do połowy kwietnia), lecz później powinniśmy doświadczyć renesansu amerykańskiej waluty i odrobienia większości strat do końca 2026 roku.
Oczywiście to tylko teoria bazująca jedynie na dość intrygującej, ale jednak tylko historycznej analogii. Nie da się ocenić, na ile zmiany sytuacji na rynkach i w geopolityce z ostatnich 10 lat wpłyną na zachowanie się dolara. Warto jednak dodać, że owa „trumpowa analogia” znajduje także zastosowania na polskim rynku finansowym.
W jej kontekście styczniowe gwałtowne osłabienie dolara nie stanowi najmniejszego zaskoczenia. Taki ruch „przepowiedziała” bowiem analogia z lat 2017-18. Jeśli miałaby się ona sprawdzić, to w lutym kurs USD/PLN powinien „uklepać” wieloletnie minimum w okolice 3,30-3,40 zł. Zaś od wiosny czekałoby nas „jednorazowe” umocnienie dolara i wzrost kursu USD/PLN z powrotem w rejon 3,60-3,80 zł. Oraz stabilizacja na tym poziomie przez resztę 2026 roku.































































