Lamentacje nad niskim poziomem oszczędności Polaków nie milkną od lat. Niedawno do lamentujących przedstawicieli branży finansowej dołączyli członkowie rządu.


Według danych Eurostatu Polskę cechuje bardzo niska stopa oszczędności (relacja oszczędności brutto do dochodu rozporządzalnego) wynosząca zaledwie 1,94% (stan za 2014 r.). Dla porównania, w Niemczech stopa oszczędności wynosiła 16,85%, w Wielkiej Brytanii 6,8%, w Czechach 11,77%, a w Szwajcarii aż 23,3%.
Zwiększenie oszczędności i inwestycji krajowych stało się jednym z głównych celów tzw. Planu Morawieckiego.
Statystyki Eurostatu znajdują potwierdzenie w badaniach ankietowych zlecanych przez instytucje finansowe zainteresowane „pomnażaniem” naszych oszczędności. Według badania Deutsche Banku 72% ankietowanych Polaków nie odkłada na emeryturę. Podobne rezultaty przyniosło badanie firmy Prudential, gdzie ¾ ankietowanych zadeklarowało, że nie odkłada pieniędzy z myślą o przyszłości swoich dzieci. W badaniu TNS Polska sprzed dwóch lat 40% respondentów przyznało, że niczego nie odkłada i nie inwestuje. W miarę regularnie odkładało tylko 16%, a regularnie zaledwie 2%.
Zobacz także
Rozrzutny jak Polak?
Badania i „twarde” dane zdają się potwierdzać tezę, że współcześni mieszkańcy Polski są rozrzutni i w ogóle nie myślą o przyszłości. Zwłaszcza finansowej. Tyle że oficjalne statystyki i ankiety zlecone przez branżę finansową nie do końca oddają rzeczywistość. Wielu rzeczy nie mierzą. A rezultaty badań sondażowych w znacznej mierze zależą od sposobu zadania pytania – czyli od zlecającego.
W przeważającej większości polskich gospodarstw domowych głównym składnikiem majątku są nieruchomości – najczęściej zajmowane przez rodzinę dom lub mieszkanie. Te aktywa nie wliczają się do statystyk „oszczędności”, natomiast w sensie indywidualnym jest to majątek, który może zostać spieniężony i posłużyć realizacji, np. celów emerytalnych.
Poza tym ankietowani nie zawsze mówią prawdę. I to z wielu różnych powodów. W Polsce doświadczenie ojców, dziadków i pradziadków uczy, że nie warto przyznawać się do posiadania jakichkolwiek oszczędności. To kwestia naszej historii w XX wieku, gdzie każdy posiadający jakieś pieniądze był z góry podejrzany o same najgorsze rzeczy.
Widać to choćby po wymówkach, którymi posługują się „nieoszczędzający” ankietowani. W przeprowadzonym kilka lat temu badaniu On Board PR 57% ankietowanych tłumaczyło się „brakiem wolnych środków”. Po części to zapewne prawda. Tylko że przy odrobinie samozaparcia można oszczędzać regularnie niewielkie kwoty nawet przy bardzo niskich dochodach. Oszczędzanie to tak naprawdę stan mentalności, a nie portfela.
Przeczytaj także
Oszczędzanie nie popłaca
Istnieją jednak jak najbardziej racjonalne przesłanki przemawiające za tym, aby w ogóle nie oszczędzać pieniędzy. Pierwsza z nich nazywa się „systemem ubezpieczeń społecznych”, który z każdej legalnie zarobionej złotówki zabiera pracownikom najemnym 33 grosze. W zamian obiecuje, że wypłaci emeryturę. To podwójna zniechęca do oszczędzania: z jednej strony państwo poprzez wysokie podatki utrudnia oszczędzanie, a z drugiej deprawuje ludzi obietnicami, że ZUS o nich zadba.
Drugim źródłem argumentów antyoszczędnościowych jest nasza historia. Przez poprzednie sto lat oszczędzanie nie popłacało. Wojny, zmiany granic państwowych, socjalizm (nazistowski i sowiecki) sprawiły, że większość oszczędności (za wyjątkiem złota i diamentów) przepadło. Przy takim doświadczeniu trudno nakłonić ludzi do powierzenia komuś pieniędzy na 20 czy 30 lat. Obojętnie, czy chodzi o bank, zakład ubezpieczeń, fundusz inwestycyjny, giełdę czy obligacje skarbowe. Nawet nieruchomości w warunkach polskich trudno traktować jako w 100% bezpieczną lokatę kapitału.
Trzecim powodem sceptycyzmu do oszczędzania jest postawa i działania współczesnych polityków. Tzw. podatek Belki, demontaż OFE, antyinwestorska polityka rządu, częste i na ogół niekorzystne dla obywateli zmiany w prawie (zwłaszcza podatkowym) – to wszystko skutecznie zniechęca do „odkładania na emeryturę”. Skoro Sejm może w cztery dni przegłosować zabór oszczędności zgromadzonych w OFE, to z wywłaszczeniem posiadaczy IKE/IKZE itp. upora się do obiadu.
Tym, co naprawdę powstrzymuje Polaków przed oszczędzaniem, nie jest głupota, ignorancja czy wrodzona wysoka preferencja czasowa. Moim zdaniem kluczową rolę odgrywa brak zaufania. Brak zaufania do państwa, do sądów, do polityków. Ale też brak zaufania do firm finansowych wyniesiony z obserwacji praktyk ostatnich lat, gdzie liczyło się tylko to, jak oskubać klientów (polisy inwestycyjne, spready w kredytach walutowych, naganianie na najbardziej ryzykowne produkty finansowe, itp.).
Przeczytaj także
Ten brak zaufania nie jest przejawem zacofania, nieodpowiedzialności czy wmawianej nam zaściankowości. To rezultat dekad realnego doświadczenia - gdy oszczędzający byli oszukani i ograbieni przez państwo (nie tylko polskie). „Normalne” czasy - rozumiane jako pewny pieniądz, rządy prawa i przewidywalna władza – na ziemiach polskich skończyły się latem 1914 roku. Potrzeba będzie zapewne kolejnych kilku dekad, aby przedwojenną normalność przywrócić. Niestety, działania władz – zarówno obecnych jak i poprzednich – podążają w dokładnie przeciwnym kierunku.
































































