Resort finansów pokazał projekt ustawy o Ogólnym Koncie Inwestycyjnym (OKI). W dużej mierze jest on zgodny z ideą zarysowaną kilka miesięcy temu, ale pojawiło się jednak kilka istotnych zmian. Ekspert bierze je pod lupę.


Konkretnie o stawce podatku majątkowego
Najważniejsza zmiana to precyzyjne określenie stawki podatku majątkowego od aktywów powyżej 100 tys. zł, w miejsce wcześniejszych szacunków na poziomie 0,8–0,9 proc. - wylicza Marcin Materna, Head of Research, Millennium BM, CFA, MBA. Zgodnie z projektem ma to być 19 proc. stopy referencyjnej NBP z dnia 31 października roku poprzedniego, przy czym wprowadzono minimalną stawkę 0,1 proc.
Szkoda, że nie zdecydowano się jednocześnie na górne ograniczenie, np. na poziomie 1 proc. Scenariusz bessa + recesja + rosnące stopy procentowe + rosnący podatek od aktywów nie jest dobrym połączeniem dla inwestora.
Przeczytaj także
Tylko złoty i GPW? Ograniczona dywersyfikacja
Dalej – niestety – jest już gorzej. W projekcie wprowadzono ograniczenie zwolnienia z podatku Belki wyłącznie do aktywów denominowanych w złotych. Jedyna dopuszczalna ekspozycja zagraniczna w walucie obcej ma być możliwa za pośrednictwem funduszy inwestycyjnych, i to z dodatkowym limitem – maksymalnie 30 proc. aktywów funduszu.
W praktyce zmusi to inwestorów do budowania portfela głównie na GPW lub korzystania z denominowanych w PLN – i niestety droższych – ETF-ów na rynki zagraniczne, ewentualnie z akcji notowanych na rynku GlobalConnect (gdzie często mamy do czynienia z wyższym spreadem bid–ask niż na rynku bazowym).

Przy obecnym, łatwym dostępie do rynków światowych jest to, moim zdaniem, rozwiązanie anachroniczne. Ogranicza globalną dywersyfikację, która jest szczególnie istotna, gdy już dziś większość aktywów finansowych polskich inwestorów jest silnie uzależniona od koniunktury w Polsce.Aktywa na OKI i tak w dużej części będą lokowane w instrumenty dłużne powiązane z polskim rynkiem. Wprowadzenie takiego ograniczenia walutowego wydaje się więc niepotrzebnym skomplikowaniem systemu, bez realnych korzyści. Wygląda to raczej na próbę sztucznego napędzania popytu na GPW.
Nie jestem jednak przekonany, czy właśnie o to powinno chodzić. To, co jest dobre dla rynku kapitałowego jako takiego, nie musi automatycznie być najlepsze dla indywidualnego polskiego inwestora.
Brak indeksacji limitów – realna wartość będzie topnieć
Kolejny problem to brak automatycznej waloryzacji kwot aktywów wolnych od podatku. Bez indeksacji realna wartość zwolnienia będzie z roku na rok coraz mniejsza. Trudno to porównać z rozwiązaniami takimi jak IKE, IKZE czy PPK, gdzie z jednej strony roczne limity wpłat rosną wraz z wynagrodzeniami, a z drugiej – wartość aktywów objętych ulgami podatkowymi nie jest w ogóle limitowana.
W przypadku OKI limit powoduje, że po osiągnięciu poziomu 100 tys. zł (w tym depozyty do 25 tys. zł) dalsze inwestowanie staje się bardziej złożoną decyzją. Nie oznacza to, że jest pozbawione sensu – ale wymaga już głębszej analizy podatkowo-inwestycyjnej.
Wprowadzamy więc kolejny limit, którego realna wartość będzie zależała od decyzji politycznych. Może się okazać, że – podobnie jak progi podatkowe – po kilku latach będzie on całkowicie oderwany od realiów ekonomicznych.
Czy OKI będzie produktem wartym polecenia?
Czy w obecnym kształcie OKI będzie rozwiązaniem godnym polecenia? Do poziomu 100 tys. zł (w tym depozyty do 25 tys. zł) – tak. Dla większych portfeli kalkulacja korzyści podatkowych staje się już zdecydowanie trudniejsza.
Czy dałoby się OKI skonstruować lepiej? Oczywiście. Wystarczyłoby choćby:
- poszerzyć katalog aktywów zwolnionych z podatku o inwestycje zagraniczne,
- wprowadzić mechanizm indeksacji progów zwolnienia.
Mimo tych zastrzeżeń, na tle innych pomysłów Ministerstwa Finansów z ostatnich lat OKI jest jednym z lepszych rozwiązań. Dla większości Polaków będzie to produkt wystarczający do uzyskania pełnego zwolnienia z podatku Belki.
OKI nie będzie więc kontem idealnym – zawiera irytujące „gwiazdki” i ograniczenia. Można je jednak, moim zdaniem, ocenić podobnie jak PPK: nie jest doskonałe, ale to nie znaczy, że jest złe – kończy Marcin Materna.



























































